Co ja Was kochani będę przepraszał
po raz kolejny, że długo nic nie pisałem na blogu, skoro wiecie doskonale, iż Pasikoń po prostu nie próżnuje,
nowe cele realizuje, a czasu i słów mało, mało tak mało, by
opisać to wszystko, co dzieje się w gorącej duszy, by
wiosenno-letnie niezmordowane myśli swe przelać na komputerowy
papier gardzący celulozą, by wybrać, ubrać, przebrać i rozebrać
do cna, do dna sytuację jakąś, i dlaczego tą właśnie historię
szerokiemu, szanownemu gronu czytelników stałych i nie stałych
przedstawić mam, a nie na przykład inną historię, bo u diabła
czemu jedna od drugiej lepszą ma być i o jejku, tyle razy siadłszy
przed komputera ekranem małym, acz siecią ogromną i owoc morza
swego próbując w ową sieć wrzucić, niewiele z tego wszystkiego
wyszło, sieć pozostawiałem wolną, a sam w kolejne zawroty
wszelakich sytuacji odchodziłem, spuszczając energię w inne
płaszczyzny. Jako że po tym zdaniu czuję się już „z letka”
usprawiedliwiony za milczenie swe złote, a napływ zrozumienia i
empatii czytelników dociera w tej chwili do mej duszy, za co
dziękuję i morda mi się cieszy od ucha do ucha, postanowiłem
zdradzić Wam kochani TAJEMNICĘ, która nie może dłużej siedzieć
na strychu pasikońskiej łąki.
Otóż za czas bardzo niezadługi, po
raz kolejny lecę za ocean! W lądy me ulubione, gdzie jedno z serc
swych gorących zostawiłem i hulajdusza mi się rusza! Opisać tego
nie sposób, choć wyobrazić sobie można, kto wyobraźnię ma i
używa, jak cieszy się dziecko, gdy do swej matki po długim czasie
rozłąki powraca. Tak więc witaj Ameryko, witaj chica, witaj chico!
O szczegółach nadchodzącej wyprawy
pisać na razie nie będę, bo i tak nastapić ma podobno nijakie
przebiegunowanie i kto wie kiedy i jak ogóły szczegółami, a
szczegóły ogółami się staną...:)
DOM
Póki co tkwię w wiecznym pięknym
Teraz, a Teraz właśnie nadszedł dla mnie Czas spokoju i
odpoczynku... domowego! Przepraszam, czy Szanowni Państwo to
rozumieją..? ODPOCZYNKU DOMOWEGO! Już pędzę z wyjaśnieniami,
wszak nie każdy wie, nie każdy zna, nie każdy pamięta, że od lat
już czterech czy pięciu (samemu ciężko mi się połapać) żyję
bez domu w zasadzie, jeno z plecakiem, śpiworem i namiotem włóczę
się po krajach różnych, gdzie na łąkach, w lasach, parkach czy
zagajnikach po prostu... mieszkam. Dla jednych niewyobrażalne żyć
w taki sposób, drugim jawię się kwintesencją Wolności, trzeci
zazdrosnym okiem spozierają, jeszcze inni najchętniej by mnie za to
przymknęli. A mnie to guzik obchodzi co inni, bo ja na swojej drodze
jestem, w swojej wędrówce wspaniałej ku Słońcu, zawsze ku
Słońcu!

Owszem, zdarzało mi się pokój na
miesiąc wynająć, nawet przez dwa miesiące w czterech ścianach we
Wrocławiu mieszkałem dwa lata temu (TUTAJ), ale w tym roku do końca
lipca wciąż więcej nocy pod gołym niebem spędziłem, aniżeli w
pomieszczeniu, o łóżku już nie wspomnieć. Jestem ślimakiem ze
swoim domkiem na plecach, a drzewa, strumienie i Niebo już dawno temu stały się
moją sypialnią, kuchnią i toaletą.

Ot tak, po prostu. Poszedłem do
sklepu, w nijakim Płocku, a gdy po jakiejś małej godzince
wróciłem, po moim namiocie został przypłaszczonej trawy ślad...
W Admirale trzymałem niezbędne do
życia rzeczy takie jak garnek, latarkę, empetrójkę i paszport.
Paszportu szczególnie szkoda, gdyż miałem tam kolorowe pieczątki,
jeśli zaś nadejdzie obiecane przebiegunowanie, paszportu na
szczęście będzie szkoda tylko ogólnie.
Jaki PLAN ma pasikoń, tego najstarsze
chrząszcze nie wiedzą, zdradzić mogę jedynie, że istotę planu
stanowicie WY, moi drodzy:)