Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Majowie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 września 2016

Szamański Festiwal Uzdrawiania "Zielone Kręgi"



Kożyczkowo to maleńka wioska położona na Kaszubach. Kilka kilometrów dalej w malowniczej scenerii wśród zielonych łąk i lasów mieści się piękny dworek - Ośrodek Duchowych i Twórczych Stylów Życia. 


Okolica jest bardzo spokojna, ale w tym miejscu dzieje się bardzo dużo. Każdego miesiąca odbywają się różne, bardzo ciekawe warsztaty dotyczące rozwoju człowieka - cielesnego, duchowego i intelektualnego.


   
A raz do roku w wakacje organizowany jest Szamański Festiwal Uzdrawiania - Zielone Kręgi. Jest to prawdziwa perła wśród wszystkich festiwali, które mają miejsce w naszym kraju. Miałem okazję doświadczyć tego na własnej duszy.



 
Poranek na festiwalu rozpoczyna się Kundalini Yogą, prowadzoną przez Marka Miedziewskiego.
- Jest to niezwykły proces umożliwiający przeżycie głębokiej transformacji - wyjaśnia Marek - oczyszczenie pokładów podświadomości z negatywnych wzorców. Rozpuszcza warstwy blokujące przepływ radości i miłości.



Nieopodal Katarzyna Matejczyk prowadzi Gimnastykę Słowiańskich Kobiet z tradycji Białoruskiej. Mimo szczerych chęci nie zostaje wpuszczony, ze względów oczywistych.


Basia Styczeń zaprasza na "Chwasting - zdrowe odżywianie, jadalne kosmetyki". Kobieta jest istnym okazem zdrowia, wygląda olśniewająco młodo, choć Bóg jeden wie, ile ma lat. Basia mieszka w lesie i żywi się tylko żywą naturą i ziołami.


- Ostatni raz zachorowałam 16 lat temu. To chyba o czymś świadczy, tak?
Jest energiczna niczym nastolatka, emanuje siłą i mądrością. Zbieramy razem zioła, uczymy się je rozpoznawać i przetwarzać.
- Nasi przodkowie używali roślin występujących w naszym klimacie do wytwarzania posiłków, herbat, kosmetyków, używali je do uzdrawiania. Na przestrzeni historycznych dziejów ta tradycja gdzieś nam uciekła i zioła zostały uznane za chwasty.



Basia wprawia wszystkich w totalny zachwyt. Biega, gotuje, czaruje, opowiada, wyjaśnia, a wszystko z tak cudną gracją, z takim wdziękiem, niczym poezja pisana na żywo anielskim piórem...
Po warsztatach zjadamy wykwintny posiłek dłońmi, a polne kwiaty uśmiechają się do nas z miseczki.


Festiwalowa wioska staje się coraz bardziej przyjazna, atmosfera się rozkręca, radośni, kolorowi ludzie wymieniają się życiowymi doświadczeniami, a najbardziej szczęśliwe są chyba dzieci. To specjalnie dla nich przygotowane zostały warsztaty Leśnej Akademii Wyobraźni, które prowadzą Ewa Czapiewska i Maria Graczyk. Odbywają się każdego dnia festiwalu, więc rodzice śmiało mogą zostawić swe pociechy w dobrych rękach, a sami uczestniczyć w innych zajęciach.


W międzyczasie trwają przygotowania do indiańskiego szałasu potów. O jego kosmologii opowiada Wojciech Wieconkowski - mistrz ceremonii i współorganizator festiwalu.


 – Z sauną ma to tyle wspólnego, że też jest gorąco i jest para. Ale na tym podobieństwa się kończą. Szałas potów jest to doświadczenie, które pomaga głębiej poznać siebie, jest to też przestrzeń, w której człowiek może otrzymać uzdrowienie dzięki kochającemu objęciu Ziemi. W łonie Matki jest ciemno i gorąco, w obecności podstawowych mocy świata, świadomość ludzka pogłębia się i rozświetla nowe, wcześniej nieznane lub zapomniane pola.



W czasie festiwalu mają odbyć się trzy ceremonie szałasu potów. Jeden z nich ma prowadzić Shuni Giron - Duchowa Przewodniczka Starszyzny Majów z Gwatemali. 


To ona przyciąga na swoje "zajęcia" najwięcej osób. Pierwsze wykłady dotyczą Kosmologii Majów i ich Kalendarza. Majowie - Nawigatorzy Czasu - dopiero od niedawna dzielą się swą wiedzą z resztą świata. Wcześniej, przez setki lat Biały Człowiek nie był gotowy na tak potężną świadomość. 


A Shuni, która przyjechała do nas, do Polski, ma Moc. Ona jest Mocą. Przekazuje dużo informacji, naucza i robi to doskonale. Wieczorem prowadzi Ceremonię Ognia. Poznajemy dwadzieścia Majańskich Energii i zyskujemy wiedzę i narzędzia do uzdrawiania naszego życia.


 Zaprzyjaźniam się z Mariolą Floreską - główną organizatorką festiwalu i właścicielką terenu - wspaniałą, pełną ciepła i pozytywnej energii kobietą.




Jako że mam ze sobą cały sprzęt do filmowania zostaję mianowany, ku mej wielkiej radości, głównym dokumentalistą zachodzących wydarzeń. Także kochani powstanie szamański film!


  
Czasami, w naszym codziennym życiu, decydujemy się rozwiązać jakiś problem i udajemy się wtedy na określone zajęcia, terapię czy rozmowę ze specjalistą. Potem przez pierwszych kilka dni bardzo silnie to przeżywamy. A na festiwalu "Zielone Kręgi" nie ma na to czasu, warsztaty dzieją się jedne po drugich lub równocześnie. I jest z czego wybierać: "Warsztaty Wolności Wewnętrznej", "Odblokuj swoje ciało", "Praca ze zwierzętami Mocy", "Neurofizjologiczne oddziaływanie chwili obecnej w nieskończoności", "Baśnie ludów ziemi", "Święta Geometria", "Masaże indywidualne", "Medytacja w polu Serca"... A każde zajęcia z osobna nauczają, odblokowują, rozwijają, oszałamiają, uderzają mocno!



Czas przyspiesza, a transformacje trwają. Dni zaczynają się mieszać ze sobą, a zajęć nie brakuje. Kręci mi się w głowie. Z pokerową twarzą biegnę na warsztaty prowadzone przez wspaniałą Alinę Jurczyszyn "Uwolnij swoją pieśń". Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, chodzi tu o pracę ze swym wewnętrznym głosem, ukrytym pod wieloma warstwami. Alina skutecznie demaskuje powielane przez nas od dziecka wzorce, rozpuszcza w niebyt wszelkie naśladowane akcenty i dociera głęboko do źródła naszego ja, gdzie w ciszy ukryta na swój głos czeka jedyna i niepowtarzalna nasza własna pieśń. 



Tymczasem w Maloce mamy okazję posłuchać i nauczyć się pieśni indiańskich na zajęciach prowadzonych przez Tommiego Harevisa - Majańskiego Strażnika Dnia - oraz muzyka, kompozytora i wg mnie najlepszego flecistę w Polsce. Praktykujemy pieśni indiańskie z wielu różnych tradycji Ameryki Północnej i Południowej.


Następnego wieczoru Tommy daje nam magiczny koncert, a Księżyc na niebie aż piszczy z zachwytu.


Podobnie dzieje się na dwóch przecudnych koncertach zespołu Annutara i Mayatri. Nie sposób opisać, do jakich międzyplanetarnych miejsc można dotrzeć, czując wibrację tych dźwięków... 



Energia festiwalu zmienia się, co jest mocno wyczuwalne, bo i wszyscy się zmieniamy. Sięgamy głęboko wewnątrz siebie, co nieraz jest bolesne, napotykamy swe blokady, które czasami są bardzo nieprzyjemne. To jest właśnie czysta esencja rozwoju osobistego... ileż barier trzeba pokonać, z iloma własnymi "sprawami" trzeba się zmierzyć, aby dotrzeć do źródła lęku i w końcu się od niego uwolnić, pod ile wzniesień trzeba się wspiąć, aby móc wreszcie swobodnie dreptać "z górki"... Ach, rozwój duchowy, praca nad sobą, nad swymi słabościami, praca z ciałem to nieraz istna mordęga, ale za to efekty są tak potężne, że stukrotnie wynagradzają każdą włożoną weń energię.






Jedna z uczestniczek wyznaje mi w wywiadzie:
- Czuję, że pracując sama ze sobą, potrzebowałabym przynajmniej rok czasu, aby zrozumieć pewne rzeczy. Tutaj zadziewa się to w ciągu zaledwie kilku dni! - uśmiecha się pięknie przez łzy.



Jednym z głównych punktów Festiwalu jest Ceremonia Dwóch Tytoni, którą prowadzi Duchowa Przewodniczka z Ekwadoru - Pilar Ortega. Rytuał odbywa się w Maloce i przez całą noc dudni szamański bęben. Nie uczestniczę w wydarzeniu, ale czuwam. Energia Ceremonii rozprzestrzenia się dużo dalej poza Maloce, a ja odlatuję w swoje gwiazdy...


Na Zielonych Kręgach również sporo się tańczy. Różne tradycje, a różne techniki, a każdy może znaleźć coś dla siebie. Mają miejsce warsztaty "Tańca Pięciu Elementów", "Tańca Światowego Pokoju", "Etnicznego Tańca Starego Kontynentu", "Zatańcz ze swoim plemieniem"... Świat wiruje dookoła - tango, bolero, rumba i samba! Zostawiam kamerę i rzucam się w wir roztańczonych ciał!


Festiwal trwa, a uczestnicy powoli stają się jedną rodziną. Nie trzeba wiele rozmawiać, w oczach lśni zrozumienie, wielu przeżywa podobne historie, wszyscy jesteśmy w trakcie nauki życia, staramy się być lepsi dla samych siebie i otaczającego nas świata. W mongolskiej jurcie trwa właśnie Krąg Kobiet Mocy - "Ukochaj swoją nagość". Mistyczne karaoke czakry sakralnej w akompaniamencie chóru pozostałych. Któż wie, co tam się działo! Matki, siostry, córki, babcie jednoczą się w swej kojąco miękkiej energii. 


Na polance nieopodal rodzice ćwiczą Jogę ze swoimi dziećmi. Żurawie latają po nieboskłonie, a drzewa patrzą na nas cierpliwie. Basia z chwastingu częstuje ludzi jadalnymi kosmetykami z ziół. Świat niby taki sam, a jednak inny troszkę...



Zapraszam wszystkich na mój czarodziejski film dokumentalny z "Zielonych Kręgów", który wkrótce będzie dostępny tutaj na blogu, na stronie fejsbukowej PASIKONIZM CZYLI JAK PRZEBUDZIĆ W SOBIE ŻYCIE oraz na Youtube - ejkumpsi :)

 Trailer filmu "Zielone Kręgi"



Tekst ukazał się pierwotnie w "Gazecie Jarocińskiej".
Zdjęcia z Festiwalu:
Agnieszka Gajzlerowicz
Marcel Bird
i inni

czwartek, 24 października 2013

GWATEMALA! PROSZĘ PAŃSTWA!


Minął rok niecały, a może z kawałkiem, od kiedy przywłaszczyłem sobie nowe imię. Nikt w Meksyku nie zawoła na mnie ani Misiek, ani Michał, ani nawet Pasikonik. Tutaj nazywam się MISHA. I coś mnie w kościach swędzi, że imię to przylgnie do mnie na dłużej.



Imię to pojawiło się po raz pierwszy na moim czole jeszcze w Holandii, kiedy to razem z moim ukochanym Kuzynem wybraliśmy się wieczorem na wioskę, aby zbratać się z miejscowymi. Będąc jednak dyskryminowanymi Polakami przez zdecydowaną większość rasistowskich Holendrów, którzy Polaków delikatnie mówiąc, nie znoszą, obmyśliliśmy chytry plan zaprzyjaźnienia się z Wiatrakami, jednocześnie wywodząc ich w nacjonalistyczne pole. Kuzyn, nazwany Pawłem, stał się Paszą, a Misiek, zwany pasikonikiem, stał się Miszą. Przedstawiliśmy się na wiosce jako dwóch Gruzinów - Pasza i Misza - i w okamgnieniu okrzyknięto nas przyjaciółmi, rozciągnięto dywany i podano alkohole. Spodobało nam się. Zaczęliśmy używać naszych nowych rosyjskich imion. Nie chcieliśmy tylko bujać niewinnych, że my Gruzini, więc kiedy z lądowaliśmy w Meksyku, na powrót staliśmy się Polakami. Dwóch zwariowanych, mega wesołych Kuzynów – Polaków – Misza i Pasza, Pasza i Misza, podbijali niewieście serca, otwierały męskie portfele, doprowadzali do spazmów radości lokalne dzieciaki, psy merdały się między ogonami w kółko, a auta zatrzymywały się na zawołanie. W ciągu dwóch miesięcy „Pasza” ewoluowało na „Pacha”, czyt. „Pacia” (jak Pacha Mama – czyli Matka Ziemia), a „Misza” zmieniła tylko swe literki na „Misha”.
Taka to krótka historia o imionach.  


Teraz jednak już nie ma Mishy i Pachy razem, zmiany zaszły, niektóre dziewczyny również zaszły, Pacha wyemigrował ze swą nową meksykańską miłością za chlebem do Kanady, a Misha dalej wcina paskudne tanie tortije i praktykuje recykling w postaci owoców i warzyw na markecie w San Cristobal de Las Casas.



To już ponad 10 miesięcy odkąd żyję w tym miasteczku. A na skraju od siedmiu. Moja baza na skraju, zwana „Chata Misha”, jest ciepłym domem z bujnym ogrodem, a także bazą wypadową i często wybieram się na wycieczki. Z rozpoczynającą się porą deszczową w połowie lipca wybraliśmy się do Gwatemali Proszę Państwa!


Z pewnych wizowych powodów, ale także w celach filmowo – twórczych i głębszego poznania kultury Majów. Bowiem w Gwatemali niewiele styczniów i grudniów, za to co drugi to Maj...


Moim towarzyszem został Isak Szwed, którego poznałem dwa dni przed wyprawą. Doskonały kompan, niewiele mówił, a co pomyślał to mu się przytrafiało. Wiele rozmawialiśmy pierwszego dnia wyprawy, potem też, ale już bez używania zbędnych słów.

San Cristobal leży na samym południu Meksyku, dwie godziny drogi od granicy z Gwatemalą, tak też późnym wieczorem, daleko za granicą, siedzieliśmy na pace jeepa gnającego na zbity łeb do stolicy Guatemala City. Jednak my wcale nie chcieliśmy tam dotrzeć. Mieliśmy odbić gdzieś w prawo, kierowca niby wiedział gdzie, ale coś się wydawało, że już dawno przegapiliśmy naszą drogę. Tymczasem było ciemno, gęsta mgła oplatała ruchliwą i krętą „autostradę” przez jakieś nikomu niesłyszane i niezbadane góry. Z mapy wynikało, że najlepiej byłoby wysiąść po drodze w większym miasteczku zwanym CHIMALTENANGO, tam przenocować i rano ruszyć z powrotem, odnaleźć naszą drogę wiodącą nad Trzy Wulkany i Jezioro.


Kierowca uśmiechał się jak gdyby nigdy nic, wyrzuciliśmy plecaki na chodnik, pożegnaliśmy się i odjechał. Miasto nie wyglądało przyjemnie. Staliśmy tak przez dłuższą chwilę na tym chodniku, aż pojawił się koło nas samochód i jakieś panie zaczęły wysiadać i otwierać drzwi do bramy naprzeciwko nas. Podeszliśmy pytając o jakiś hotel. Zaproszono nas. Dostaliśmy swój pokój i kolacje, a rodzina okazała się bardzo miła.
Pierwsza noc w obcym kraju Ameryki Łacińskiej – nawet plecaków nie dźwigaliśmy – z chodnika, gdzie zostały zrzucone z jeepa, przenieśliśmy je prosto do domu naprzeciwko.


Następnego dnia ruszyliśmy nad Jezioro. Autostop w Gwatemali działa przewyśmienicie, śmiało mogę powiedzieć, że na czterdzieści kilka państw, w których podróżowałem autostopem, Gwatemala jest na pierwszym miejscu. Wszędzie da się złapać na pakę, w środku zatłoczonego miasta też.



Moim głównym celem przybycia, na te wciąż zamieszkane przez Majów ziemie, było odnalezienie ich wiosek, a raczej wioski, w której razem z moją kamerą mógłbym się dowiedzieć więcej na temat przejścia naszej planety w Nową Erę Wodnika, a także głębiej poznać któryś z kalendarzów (Majowie mają ich dwadzieścia kilka). Najlepiej byłoby porozmawiać o tym z jakimś szamanem, a już zupełnym mistrzostwem nakręcenie którejś z majańskich ceremonii.
Jednak na początek postanowiłem się zrelaksować dwa dni w San Pedro nad Jeziorem Atitlan leżącym pod trzema wulkanami, z czego jeden jest aktywny. Dawno temu samo jezioro było kraterem ogromnego wulkanu, ale czasy się zmieniły.




Dobrnęliśmy do San Pedro następnego dnia, praktycznie nie wydając pieniędzy. Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na zwiedzanie i odnalezienie najtańszego przyjemnego noclegu. Po wielu, wielu kilometrach i powtarzającej się sentencji „nic tańszego w mieście nie znajdziecie”, szukaliśmy dalej.



I późnym wieczorem przenieśliśmy plecaki do domu pewnego sympatycznego majańskiego malarza, który oferował nam pokój z łazienką taniej od najtańszego w mieście bez łazienki, a do tego w samym centrum tego miasta. 






Kraina bananów, mango i awokado wydawała się bajeczna. Błękit Jeziora stale przyciągał uwagę, a piętrzące się nad wszystkimi Wulkany kierowały potężną Energią. Moc biła ogromna.













Nad jeziorem leżał również Indianin, który patrzył w niebo.


Spacerując z Issakiem po San Pedro, zatrzymaliśmy się na jednym skrzyżowaniu, zastanawiając się, który kierunek obrać, i wtedy z przejeżdżającego autobusu wyskoczył nasz znajomy Irańczyk, którego nikt się nie spodziewał! 

Irańczyka przygarnęliśmy do naszego pokoju.





Pierwszego poranka w San Pedro, po bujnej, wesołej i upojnej nocy, przetarłem oczy i ruszyłem do kuchni. Żona malarza, przemiła kobieta o serdecznym sercu, robiła właśnie tortije. Zapytałem ją, w zasadzie bez większych oczekiwań na konkretne informacje, o lokalnych Szamanów, Mistrzów Ceremonii, starszyznę lokalnych plemion, jak i gdzie powinienem się udać. Ku mojemu totalnemu zaskoczeniu powiedziała mi, że właśnie teraz, w tych dniach, odbywa się w San Pedro Generalna Konferencja Starszyzny Majów z całej Gwatemali! I to dosłownie za rogiem, w hali tutejszego gimnazjum!



Pognałem czym prędzej i... lepiej nie mogłem trafić. Cała śmietanka Szamanów i przedstawicieli plemion Majów w jednym miejscu! Konferencja ta odbywa się jedynie raz do roku i to zawsze w różnych miejscach. Pasikonik był oczywiście jedynym białym na Zgromadzeniu, jako przedstawiciel Słowian z plemienia Wielkopolan. Majowie rozmawiali głównie o dotykających ich problemach, o gospodarce wodnej, o elektryczności, a także o polityce ochrony swoich wiosek przed nasilającą się ekspansją wielkich kapitalistycznych korporacji. Rząd Gwatemali bynajmniej nie pomaga rdzennym mieszkańcom, przeciwnie, nęka ich podnoszeniem cen prądu, zabiera ziemie i sprzedaje obcokrajowcom, „koryguje” naturalne koryta rzek, pozbawiając wiele wiosek dostępu do wody.


Dyskusje trwały od samego rana do późnego wieczora. Majowie patrzyli na mnie ze zdziwieniem, inni z wrogością, większość wykazywała absolutną obojętność, ale udało mi się zakolegować z kilkoma Szamanami. W rezultacie zostałem zaproszony na poranną Ceremonię Słońca. Nie pozwolono mi filmować, ale ku zgodzie ogółu mogłem uczestniczyć w Ceremonii. Niezwykłe było to doświadczenie.


Zebraliśmy się o piątej nad ranem w ogrodzie lokalnego muzeum. Majowie rozpalili ognisko i zaczęli grać na swych instrumentach, śpiewać i tańczyć. Ceremonię prowadził Don Juan - Ojciec Chrzestny całej Starszyzny Majów w Gwatemali. Niektórzy z Szamanów byli bardzo potężni, jak na przykład ta starsza kobieta, co świdrowała mnie wzrokiem na wylot. Czułem wibrujące Energie dookoła, Harmonię Dusz modlących się we wspólnej sprawie. Przywoływane dusze przodków przybywały, nie sposób było ich nie czuć. Jeden przybrał postać ptaka, który rozmawiał przez chwilę z prowadzącym Ceremonie Don Juanem. Doprawdy niezwykła wymiana nieznanych mi zdań. Potem zaczęło się wielkie Oczyszczanie co poniektórych osób. Juan używał kadzidła, świętych roślin i potężnych zaklęć swojego języka „Mam”. Szamana pasikonika również specjalnie oczyszczono. Następnie osobną celebracją trzy osoby podniesiono wyżej w ich specyficznej hierarchii. Potem Juan wygłosił piękną i mądrą przemowę, której nigdy nie zapomnę. Zakończył ją słowami „Buenos Dias!” i całe Zgromadzenie zaczęło się witać, przytulać i życzyć sobie dobrego dnia. W tym momencie zaznałem wiele serdecznych uścisków i ciepłych słów.


W drodze z muzeum do gimnazjum dogoniłem Szamana Juana, który maszerował spiesznym krokiem.

- Szanowny Don Juanie, ja jestem tutaj nie z przypadku – zacząłem – jestem Posłańcem. Tworzę film o Czasie i jako, że weszliśmy właśnie jako Ludzkość w Nową Erę, przybyłem na ziemie Majów, by dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. 
- Tak, tak – nie bardzo chciał rozmawiać ze mną, gdyż już wiedział, o co chcę Go poprosić.
- Uważam, że Majowie, dzięki swym mądrym przodkom, dzięki swoim kalendarzom, dzięki podtrzymywaniu swej unikalnej kultury mają potężną wiedzę na temat Ery Wodnika. Dlatego chciałbym prosić Ciebie o wywiad do mojego filmu, o krótką rozmowę dotyczącą Czasu i Kalendarza Majów...
- Może, może, nie wiem, zobaczymy, jak czas pozwoli – wymigiwał się Szaman i dalej pędził przed siebie.
- Pochodzę z dalekiego kraju, co nie znaczy, że ludzie tam żyjący nie czują zachodzących we Wszechświecie zmian. Ludzie czują, że coś się dzieje, ale nie wiedzą co. Każdy słyszał o Majach i ich Kalendarzu, ale nikt nie wie dokładnie o co chodzi. Jak liczą Czas Majowie?


Juan dalej dreptał pospiesznie i nie wykazywał zainteresowania. "Jak nie teraz to nigdy” - pomyślałem. Złapałem Juana za ramię i zatrzymałem.
- Proszę spojrzeć mi w oczy – powiedziałem poważnie – Za tymi oczami kryją się tysiące innych oczu, które przyjdą obejrzeć mój film. Te tysiące oczu mają mnóstwo pytań, a w moim kraju prawie nikt nie mówi o Majach i Nowej Erze. Nikt mi nie płaci za przybycie tutaj, nie robię tego dla pieniędzy, tylko dla wzrostu świadomości ludzi, dla szerszego poznania praw działających Wszechświatem! Proszę, spójrz mi w oczy, za którymi skrywają się tysiące innych par oczu i proszę tym wszystkim spojrzeniom powiedzieć „nie”!

Wtedy Juan przewiercił mnie wzrokiem, westchnął i wyraził zgodę na wywiad.
- Dobrze, opowiem Ci wiele rzeczy – tak się wyraził.
I tak też się stało.



Kilka dni później wracałem z tego niesamowitego wywiadu, który przeprowadziłem z Don Juanem w innej wiosce, o trzy godziny drogi od San Pedro. Wracałem rzecz jasna autostopem i kiedy przejeżdżaliśmy przez centrum jakiegoś miasteczka, wśród wielu kolorowych sklepów, ubrań, owoców, warzyw i ludzi w tradycyjnych strojach, ujrzałem coś nad wymiar kolorowego. Była to moja koleżanka! Pierwszy raz spotkałem Ją pół roku wcześniej w lesie, niedaleko Palenque, pierwszy raz z Nią porozmawiałem 4 miesiące później, spotkawszy ją po raz drugi w innym mieście, a teraz natknąłem się na Nią w jednej z tysiąca gwatemalskich wiosek! To już padliśmy sobie w ramiona! 





Na imię ma Kittsy i oryginalnie pochodzi z Chile. Ta kobieta to Czysta Miłość, potężna Świadomość i absolutna Harmonia i Równowaga. Kittsy jest Człowiekiem Światła, podąża za Nią wiele bytów, by uczyć się od Niej, modlić i smakować Jej Jestestwa. Swym Dostojeństwem czaruje każdego, swą Miłością otacza Wszystko, swym wzrokiem sięga nad Niebiosa. Kiedy idzie, ludzie się zatrzymują, kiedy wita, a wita się z każdym człowiekiem na drodze, ludzi ogarnia anielska atmosfera. Kiedy śpiewa, ptaki zlatują się i słuchają... Doprawdy, sam to widziałem.


Kittsy zaprowadziła mnie do miejsca, w którym tymczasowo mieszkała. Z drugiej strony Jeziora ma jednej górze stał samotnie Dom Fernanda. Piszę „samotnie”, gdyż nie było w pobliżu żadnych sąsiadów, aczkolwiek...



...Dom Fernanda bynajmniej samotnością nie grzeszył. Dookoła rozciągał się las tropikalny z milionem stworzeń na każdym metrze kwadratowym, a i często owe stworzenia zaglądały w odwiedziny tej przepięknej chaty.


Domem opiekowali się ludzie Rainbow. W tym celu Dom Fernanda został wybudowany, a raczej dalej się buduje. By dać schronienie i służyć ludziom Rainbow. by pozwolić „odlecieć” w inne wymiary przy sprzyjającym energiom imponujących wulkanów.




Tak też razem z Issakiem przeprowadziliśmy się do Domu Fernanda, który był tańszy niż najtańszy pokój w całej Gwatemali, gdyż nie kosztował nic. Międzynarodowa ekipa wibrujących serc tworzyła naprawdę świetną atmosferę. Zazwyczaj miejsce to działa na zasadzie wolontariatu, ale że właściciel przebywał od miesięcy w Hondurasie, międzynarodowa ekipa tylko się relaksowała. Oczywiście zakaz spożywania alkoholu, narkotyków i mięsa to norma w takich miejscach i bardzo się to pasikonikowi podoba.


W pobliskim miasteczku zwanym San Marcos napotkałem lokalnego Polaka. Był nim około sześćdziesięcioletni Michał, mój imiennik, zwany przez siebie i miejscowych Świętym Mikołajem. Człowiek Historia, rodowity Ślązak z komicznym akcentem i tysiącem przygód. Od dwóch lat zamieszkujący dżunglę nieopodal Jeziora. Postać dosłownie na film, i chętnie bym nakręcił z nim materiał, gdyby mnie tylko nie uprzedziła parka Polaków pół roku wcześniej, która już nagrała dokument o Świętym Mikołaju w San Marcos. Jak tylko dokopię się do tego filmu, będę promował.




Po dłuższym czasie przebywania wśród Majańskich plemion, dotarło w końcu do mnie to, czego nie chciałem widzieć od początku. Majowie nie lubią obcych, białych twarzy. Nie lubią kamer i obiektywów. Ich życie i kultura jest bardzo hermetyczna, bardzo trudno jest się zaprzyjaźnić z kimkolwiek. Niektórzy z nich uśmiechają się szczerze, ale większość jednak otwarcie pokazuje, że nie jesteś tu mile widziany... Przyjazna i anielska atmosfera okolicy Jeziora zaczęła się zmieniać...


Tymczasem Kittsy wzięła udział w moim projekcie i nakręciliśmy razem jedną z najlepszych scen całego filmu, która jednak jest niespodzianką, dlatego nie będę tego na razie promował:) Zdradzę tylko, że w scenie wzięło udział 8 osób, z czego czterech miejscowych, kosztowała masę pieniędzy, które wyłożył nieprzypadkowo spotkany nasz przyjaciel Irańczyk. Dzięki Kittsy! Dzięki Seper! Dzięki Issak! I dzięki cała reszta!



Kiedy Kittsy ruszyła w dalszą podróż...




...Pasikonik zajął Jej pokój na poddaszu. To był najpiękniejszy pokój w jakim KIEDYKOLWIEK przydarzyło mi się spać..........

Energia tego miejsca była po prostu wstrząsająca!



Już nie wiadomo było co silniej działało: rozświetlająca ciemności ogromna Pełnia Księżyca...




… zapach Kittsy, Jej Magii i kadzideł pozostawionych w pokoju czy...











… wibrująca Energia Wulkanów...




w każdym razie było dobrze...:)



Aż do momentu kiedy obudziła mnie wcześnie nad ranem wielka łapa chwytająca torbę z moim sprzętem. Nim na dobre otworzyłem oczy i zorientowałem się, co się dzieje, złodzieje byli już ukryci w lesie... Tak, pobiegłem za nimi, szukałem zbrodniarzy, ale oni lepiej znali miejscowe tereny. Zresztą mogli być groźni, a ja byłem sam. Wróciłem do Domu i położyłem się spać jeszcze na godzinkę. Cała reszta rodziny Rainbow jeszcze spała. Kiedy się obudzili, okazało się, że nie tylko moja kamera zniknęła...

                       Ostatnie zdjęcie pasikonika ze swoją kamerą...


Energie się odwróciły. Od tego poranka wszystko zaczęło iść źle. Jezioro pokazało drugie oblicze swej twarzy. Przez następne dwa tygodnie dzień w dzień chodziłem i szukałem swej zguby. Kontaktowałem się z lokalnymi gangami, handlarzami narkotyków, mafiosami i szefami mafiosów. Odwiedzałem te wszystkie ciemne piwnice i paskudne meliny, targowałem się z bandytami i alfonsami, rozwieszałem wszędzie informacje. Na daremno... Cały mój sprzęt, warty 1500 euro przepadł. Kamera, obiektywy, karty, baterie, ładowarki, rejestrator dźwięku i przede wszystkim skórzana torba, którą ofiarował mi mój ojciec, a którą sam używał w latach sześćdziesiątych, kiedy był fotografem. To była dla mnie szczególna torba... Na szczęście wszystkie nagrania zapisane na twardym dysku zostały ze mną, tak też samego filmu mi nie ukradziono!

                               Nowe zdjęcia pasikonika bez użycia kamery.

Sytuacje jakich doświadczyłem w trakcie dwóch tygodni poszukiwań kamery po gwatemalskich melinach są bardzo silne i mocne, będzie można o nich przeczytać w mojej książce, która już jest, choć fizycznie jej jeszcze zupełnie nie ma (pewnie, jak sam autor, dociera na stopa, więc nie wiadomo kiedy się pokaże).


Łącznie upłynął miesiąc w Gwatemali, wróciłem do San Cristobal. Co ciekawe moim kompanem w drodze powrotnej został tym razem nie Szwed, a Finlandczyk, znajomy z Domu Fernanda. 
Wróciłem do Meksyku bez swego sprzętu, ale za to z wywiadem jednego z głównych przedstawicieli Majów z całej Gwatemali oraz z mistycznym nagraniem tej cudownej kobiety imieniem Kittsy. Do ukończenia filmu zostało jedynie dokręcenie kilku ważnych scen oraz cała gamma tłumaczeń, edycji i postprodukcji. Kto wie, ile miesięcy to zajmie...


Od trzech miesięcy jestem więc bez rąk. Nie jest łatwo, ale się nie poddaję. Raz zdarzyło mi się zapłakać, ale generalnie dalej się cieszę, no bo co się będę martwić czymś, czego już nie ma? Choć kosztowała mnie wiele pracy, to tylko kamera i trzeba pamiętać, że wszystkie przedmioty, jakie „posiadamy” w życiu, są tylko pożyczone. Rodzimy się nadzy i umieramy nie zabierając ze sobą niczego. Tylko Doświadczenie.


A jak Pasikonik ukończy swój film bez kamery? 

(Będzie kombinować:)


Zdjęcia: Misha i Issak