Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Opowieści o zwariowanym Meksyku - MAMONA czyli za ile? Jak i dlaczego?


Odcinek 3. MAMONA, czyli za ile? Jak i dlaczego?

Wszystkie oficjalne statystyki pokazują, że Polska to kraj bogatszy niż Meksyk. Jakby tak okiem sięgnąć źródła sprawy, trzeba by się rozeznać, na czym opierają się owe statystyki. Kraj krajowi nierówny, a banknot banknotowi. Oczami pasikonika zwróconymi na obrót monetarny Meksyku zapraszam na odcinek trzeci - MAMONA, czyli za ile? Jak i dlaczego?



Polska czy Meksyk - który kraj jest bogatszy tak naprawdę?

Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż się wydaje. Nie, nie łamię sobie zębów trzeci dzień, by rozgryźć ten orzech, który kraj jest bogatszy. Obydwa kraje charakteryzuje to samo, co resztę krajów na planecie Ziemia - biednych jest zawsze więcej niż bogatych. Jedno jest pewne - bogacze w Meksyku są bardziej bogaci niż bogacze w Polsce, a ubodzy Meksykanie są biedniejsi niż biedni Polacy. A jako że jeden kraj jest zdecydowanie większy i bardziej zaludniony niż drugi, tak też statystycznie Polska jest krajem bogatszym niż Meksyk, który statystycznie jest biedniejszy, choć wydaje się bogatszy. I jeszcze jedno jest pewne - zdecydowana większość i bogatych i biednych Polaków na co dzień narzeka i skupia się na tym, co by chciało mieć, a większość i bogatych i biednych Meksykanów na co dzień cieszy się życiem i skupia się na tym, co już ma. Pod tym względem Meksyk oczami pasikonika naprawdę jest bogatszy:)


Gdzie wydają pieniądze Meksykanie?

W Meksyku miałem do czynienia z ludźmi stojącymi na różnych szczeblach drabiny społecznej. Drabina ta jest długa.
* Miałem okazję zaprzyjaźnić się z przerażająco (!) bogatymi osobami, rozbijać się najnowszymi autami, jeść w najdroższych restauracjach i spać w pięciogwiazdkowych hotelach.
* Przebywałem w światku artystycznym, w apartamentach urządzonych tak kosmicznie, że do dziś kręci mi się w głowie!
* Byłem goszczony przez rdzennych Indian w ich wioskach, dla przykładu 3 dni jedząc tylko fasolę i śpiąc na dziurawej podłodze.
* Spędziłem wiele, wiele dni (łącznie) w kabinach ciężarówek, poznając przy długich rozmowach życie zawodowych kierowców.
* odwiedzałem komuny zapatystów - rewolucjonistów, którzy zbrojnym powstaniem wywalczyli sobie autonomię i do dziś z karabinami strzegą swych ziem.
* Jednak najwięcej czasu spędziłem wśród "zwykłych" rodzin, w przeciętnych miasteczkach, w normalnych mieszkaniach, wielokrotnie będąc zapraszanym do ogniska domowego.
I na tych ostatnich właśnie, jako że jest ich najwięcej w całym Meksyku, skupię swoją uwagę.

(Fot. Kuzyn)
Polacy wydają znaczną część swoich dochodów wkładają do swoich domostw. Wystarczy się rozejrzeć, co chwilę ktoś remontuje mieszkanie, kupuje się nowe dywany, stoliczki, lampki, kwiaty, obrazy, figurki... Nasze mieszkania upiększa się w nieskończoność (mam na myśli klasę średnią). Meksykanie jak zauważyłem nie wykazują takich tendencji. Mało tego. Często ich domy wyglądają jakby były niedokończone - ściany są tylko otynkowane, szare, podłogi surowe, zamiast lampy wisi łysa żarówka, brakuje ozdób, a wnętrze wypełniają tylko przedmioty używane, praktyczne. Tak jest w wielu domach, choć w Meksyku jest więcej domów niż wiele.



Trzeba jednak zaznaczyć, że w prawie każdym domu znajduje się ołtarzyk z Dziewicą Guadelupe na czele. Czasem ołtarz zajmuje cały pokój, czasem całą ścianę.

Na początku swej przygody w tym kraju myślałem, że to z braku pieniędzy ich domy wyglądają tak, jakby były niedokończone. Jednak prawda leży gdzie indziej. Meksykanie wolą po prostu wydawać pieniądze na co innego. A na co? Na dobrą zabawę! Dlatego raz lub dwa razy w tygodniu przeciętna meksykańska rodzina (można liczyć na przykład 8 osób) idzie na obiad do restauracji i przez 3 godziny jedzą i piją do woli! A Meksykanie potrafią jeść, oj potrafią. Co drugi weekend wybierają się autem do rodziny albo na plażę, nawet jeśli to jest 5 godzin drogi w jedną stronę. Na plaży oczywiście cały dzień jedzą i piją, nocują w hotelu, a dzień później wracają zadowoleni i zrelaksowani do swych "ubogich" domów.
Trzeba też dodać, iż  auto musi być pierwsza klasa. Najlepiej jeep pickup, potężny (na dużą rodzinę), o dużych kołach (topki) i klimatyzacją (upały).
Na moje oko to wygląda w ten sposób.
Dla Meksykanina najważniejsza jest rodzina, Bóg, radość z życia i dobra zabawa. Dlatego nawet w tych surowych domach jest rodzinnie i przytulnie, ponieważ atmosferę wytwarzają gorące więzi rodzinne.



Bądź co bądź Meksykanie uwielbiają wydawać pieniądze w restauracjach i barach. I uwielbiają się dzielić, kupować jedzenie i picie podróżnikom. Nie turystom, podróżnikom. 75% przypadków autostopu zawierała w sobie nie tylko podwózkę, ale często i prezenty w postaci obiadu, przekąski, piwa, słodyczy, wody, często noclegu, i co tam kto miał co do zaoferowania. Meksykanie to jeden z najbardziej gościnnych krajów, jakie poznałem:)


ILE CO KOSZTUJE?

Najlepszym porównaniem dotyczącym kosztów życia jest porównanie tego, ile i co można kupić za godzinę pracy. Nie będę wchodził w tak drastyczne szczegóły, ale zdradzę pewne sekrety.
Będąc zatrudnionym na stanowisku na przykład sprzedawcy w sklepie albo recepcjonisty w hotelu typowa dniówka to od 100-150 peso (25-35 zł). Jeśli przydarzyło Ci się być w tym życiu ładną, a do tego młodą dziewczyną, można dodatkowo liczyć na spore napiwki (np kelnerka) i wyciągać do 300 peso dziennie w atrakcyjnym klubie dla turystów. Co można za to kupić?
(By wyliczyć w złotówkach wystarczy dzielić przez cztery).

Chleb - 15- 50 peso
Butelka wody 1,5 l. - 10-12 peso
kiść bananów - 10 peso
kilo fasoli - 20 peso
obiad w dobrej restauracji - 60 peso +
piwo w knajpie (0,33 l.) - 25 peso +
piwo w sklepie (0,33 l.) - 10 peso +
butelka dobrej tequili - 120 peso +
taksówka w obrębie miasta - 25 peso
wejściówka na koncert - 30 peso +
wejściówka na zwiedzanie obiektów archeologicznych - 50 peso + (często o wiele droższe)
CD ulubionej grupy muzycznej - 100 peso +
książka - 100 peso +
bilet na minibus w obrębie miasta - 6 peso
bilet na autobus (800 km) -  350 peso + (w zależności jakie linie)
paczka papierosów - 7 peso + (Marlboro 45 peso)
wynajęcie skromnej chatki na obrzeżach miasta (na miesiąc) - 500 peso +
wynajem pokoju w apartamencie w centrum (na miesiąc) - 1500 peso +
wynajem łózka w wieloosobowym pokoju w hostelu - 60 peso +
mały majonez - 13 peso

(Ceny dotyczą głównie stanu Chiapas)



ZAWYŻONE CENY DLA GRINGO

Jeśli jesteś biały to masz przesrane. Prawie każdego dnia ktoś zawyża Ci ceny w sklepie. Sprzedawca nie wie czy jesteś w Meksyku pierwszy dzień czy drugi rok, więc próbuje szczęścia. Tutaj nie ma zmiłuj - trzeba spokojnie wytłumaczyć, że znasz cenę danego produktu bardzo dobrze i lepiej, żeby nie kłamał, bo pójdziesz do innego sklepu. Jeśli jednak faktycznie jesteś pierwszy dzień w Meksyku (lub gdziekolwiek, gdzie biały jest mniejszością) to należy na początku przejść się po kilku sklepach i popytać o ceny. Nie mniej jednak zazwyczaj sprzedawcy uśmiechają się:)


(Fot. Kuzyn)

Mieszkałem 8 miesięcy na końcu pewnej długiej ulicy. Dzień w dzień mijałem na tej ulicy sklep za sklepem. Sklepy wyglądają nieco inaczej niż w Polsce. To po prostu pomieszczenia w domach, w których trzyma się zazwyczaj artykuły o długich terminach ważności. Krata na wejściu zazwyczaj jest zamknięta, więc trzeba zadzwonić dzwonkiem albo walić monetą w kratę. Jeśli ktoś jest w domu, i jeśli nie ogląda swojego ulubionego serialu, albo nie jest zajęty czym innym, to otworzy Ci drzwi do swojego sklepu.


(Fot. Kuzyn)

Choć moja chatka była cudowna, to okolica nie do końca. Przez 8 miesięcy z 20 sklepów, które mijałem dzień w dzień, tylko 3 dawały mi normalne ceny. Reszta... cóż, nie lubili w tej okolicy białych... Niektóre sklepy (czyt. rodziny - każdy sklep to inna rodzina, ale często spokrewniona z innym sklepem - rodziną) na początku dawały mi zawyżone ceny na pewne produkty, jednak kiedy okazało się, że mieszkam wśród nich już wiele miesięcy, dawali mi "upusty" na inne produkty, których wcześniej w danym sklepie nie kupowałem. Sprowadzało się to do tego, że idąc 20 minut tą ulicą, w jednym sklepie kupowałem świeczki, w drugim bułki, w trzecim zapałki, w czwartym banany, zamiast kupić wszystko w jednym. I tak przez wiele miesięcy...

(Fot. Wiosna)

Inaczej wygląda Meksyk, kiedy podróżuje się z plecakiem na plecach, a inaczej, kiedy mieszka się wśród plebsu. Znam wiele przypadków białych zamieszkujących biedne dzielnice meksykańskie, więc na szczęście z radością mogę powiedzieć, że po prostu trafiłem do trudnej okolicy:)

(Magiczne kanapki)







Jako że razem z Kuzynem zabraliśmy ze sobą bardzo mało pieniędzy, po 2 miesiącach nam się skończyły, więc trzeba było zacząć kombinować. I tak na początku szykowaliśmy kanapki w domu i sprzedawaliśmy je na ulicy. Później szykowałem spaghetti i sprzedawałem na ulicy, następnie wszedłem w biznes z sąsiadami i ja gotowałem falafele, a oni je sprzedawali.



 (Fot. Quenie Very)

Później znów znów robiliśmy kanapki z sąsiadami. Jedna restauracja zainteresowana moimi wyrobami, zaproponowała układ i tak zacząłem gotować dla nich falafela i rybę po grecku. W międzyczasie wykonywałem pewne projekty video, które również przynosiły mi jakiś niewielki dochód, a na sam koniec to już się zupełnie zapożyczyłem:) Meksyk nie jest jakimś super tanim krajem, jednakże koszty życia są o wiele niższe niż w Polsce. Trzeba zaznaczyć, iż odpadają opłaty za ogrzewanie domów (klimat), woda jest darmowa lub bardzo tania (stan Chiapas), opłaty za prąd wynosiły mnie około 15 zł za dwa miesiące, więc również są znikome.


Jeśli ktoś wybiera się do Meksyku z małą ilością gotówki to ma wiele możliwości wolontariatów. Bez problemów można znaleźć hostele, eko-wioski, komuny, organizacje, które za pomoc i pracę zapewniają Ci pożywienie i miejsce do spania. W Meksyku naprawdę można przeżyć za bardzo małe pieniądze, jednak trzeba się wykazać kreatywnością. Dozwolone jest wszystko, wystarczy wymyślić swój patent , zacząć tworzyć (biżuterię, ozdoby, pokazy artystyczne, teatrzyk, itp) wyjść na ulicę i już. Pieniądze i możliwości same Cię odnajdują. Aby żyć miło i przyjemnie, dobrze jest opracować coś, co się naprawdę lubi robić, a wtedy nie zwraca się zbyt dużo uwagi na pieniądze, one płyną, a Ty żyjesz. "Pura La Vida" jak mówią Meksykanie, czyli - prawdziwe życie.

sobota, 18 października 2014

Opowieści o zwariowanym Meksyku - KULTURA czyli "Dokąd idziesz Gringo, chodź do nas!"

Kultura w Meksyku jest Proszę Państwa bardzo miła. Dla oka, dla ucha, dla duszy, ze smakiem, z rozmachem i skromnie i hucznie, wszystkiego po troszku, byle by tylko opadła ci szczęka. Ewentualnie żebyś się z sercem w gardle przykleił do sufitu. Z ponad 40 odwiedzonych przeze mnie krajów Meksyk bije wszystkie razem wzięte. Kultura jest tak przebogata, różnorodna, zaskakująca, nieprzewidywalna, barwna i radosna, że potrzeba by stu lat i stu takich jak ja, by to wszystko ogarnąć.

Mamy proszę Państwa pozostałości starożytnych cywilizacji sprzed pięciu tysięcy lat (!), mamy Azteków i ich imponujące miasta, mamy Piramidy Majów - genialnych matematyków, z najbardziej dokładnym Kalendarzem na świecie, mamy dziesiątki różnorakich plemion indiańskich ze swą kulturą, swymi tradycjami i wierzeniami, żyjącymi do dziś; mamy setki języków i ich odmian, setki niepowtarzalnych strojów regionalnych, mamy najbardziej odjazdową na świecie wersję chrześcijaństwa, wymieszaną z wierzeniami indiańskimi, mamy 20 milionową stolicę z drapaczami chmur i największą ilością muzeów na świecie, mamy wioski w dżungli niemające prawie że kontaktu z cywilizacją, mamy niepowtarzalną kulturę ranchero, mamy "kulturę" macho, mamy wojny gangów, strzelaniny i porwania, i mamy chyba największą ilość na świecie eko-wiosek - żyjących w pokoju i harmonii. Muzyka, plastyka, rzeźby, obrazy, spektakle, koncerty, wydarzenia, obrzędy, rytuały, w tym kraju kultura po prostu zgniata na miazgę. Ale o tym opowiadają podobno jakieś inne strony internetowe.

Ja zapraszam na Meksyk oczami pasikonika czyli

ODCINEK 2 

KULTURA - "Dokąd idziesz Gringo, chodź do nas!".


- Do stu tysięcy diabłów!!! Powystrzelam wszystkich, no powystrzelam! - klął pasikonik, bezskutecznie próbując zasnąć trzecią noc z rzędu - ja nie wierzę w to co się tu dzieje... Jeszcze jedna eksplozja i wychodzę na zewnątrz!
Nie minął kwadrans i pasikonik już zakładał buty. Z uszu wydobywała mu się para z rozgrzanego gniewem wnętrza, na sznurówkach zrobił się pęk i jak na złość nie chciał się rozwiązać. "Czasami tak diabeł ogonem zapętli, żeby człowieka sprowokować" - mawiał Ojciec Roman z parafii w Bułgarii. "Święta prawda" - klął pod nosem pasikonik i wyszedł na zewnątrz w papciach.


Mimo że było już grubo po północy, na ulicach tłumy. Kolorowe jarmarki, roześmiane twarze, plastikowe kubki z piwem w dłoniach, biegające dzieciaki, fajerwerki, bardzo głośna muzyka dobiegająca z kilku źródeł (które jakby rywalizowały ze sobą, które da najwięcej czadu), mieszające się zapachy potu, pizzy, perfum, alkoholu, smażonego mięsa i kto wie, czego jeszcze, i to wszystko w odcieniach wielobarwnych świateł, migających, mrugających zalotnie lub kręcących się do szaleństwa. Święto Matki Boskiej Guadelupe. Jako że jest to najważniejsza osoba w Meksyku to i jej święto (12 grudnia) jest obchodzone najbardziej hucznie. (Więcej o Świętej Dziewicy w odcinku poświęconym religii). Mało tego. To dopiero był trzeci dzień fiesty, a podobno ma się skończyć dopiero za... miesiąc, 6 stycznia...


Pasikonik miał misję do wykonania, na którą trzeba było poświęcić co najmniej kilkanaście dni pracy przed komputerem. Wymagała jednak absolutnej koncentracji i poświęcenia pewnych rzeczy doczesnych. W ciągu dnia udawało się zrealizować przynajmniej 30% planu w tak ekstremalnych warunkach. Noc jednak domagała się odpoczynku...


Mieszkałem wtedy w dwupokojowym domku w połowie wysokich schodów do największego kościoła w San Cristobal. Kościoła Matki Boskiej Guadelupe. Przez wiele dni docierały tu pielgrzymki biegaczy i procesje ze wszystkich stron Meksyku. Czyli idąc do sklepu po śmietanę, mijasz kilkuosobowe zziajane grupki pielgrzymów, którzy być może po wielu dniach biegu, z wywieszonym językiem, ale z rozanieloną twarzą, docierają do miejsca swego przeznaczenia. I tak na okrągło, dzień i noc, przez wiele, wiele dni. Wiele kartoników ze śmietanką (albo czymś innym).


Rys. Jagoda

Mały pasikonik z trudem przeciskał się przez tłum zapachów i krzyków radości, potykając się o plastikowe śmieci i bluzgając pod nosem ze złości. "Zabawa zabawą, niechajże się bawią, ale żeby nie dać zmrużyć oka trzecią noc z rzędu?! To już złośliwość, a złośliwości nie lubię!" - myślał oburzony pasikonik. W końcu dotarł do swego miejsca przeznaczenia i zupełnie niezadowolony stanął naprzeciw budki ze świętym piwem.
- Tylko litrowe?! - zdumiał się.
- Tylko.
- A nie da się nalać pół kubeczka i zapłacić za pół?
- Nie da się.
- Dobra, niech już będzie.
Mały chrząszcz patrzył swymi zmęczonymi, sennymi oczami, jak złocisty trunek leje się ze świętego kija do ogromnego litrowego kubka, myśląc już w zasadzie o niczym. Nagle "barman" zwinnym ruchem dolał do piwa jakiegoś czegoś, co nieodwracalnie zmieniło barwę trunku na bordowy, następnie złoczyńca na oczach swej zaskoczonej ofiary wysmarował brzeg kubka dookoła solą, wsadził limonkę i podał zdumionemu chrząszczowi kubek.
- 40 peso (10 zł) - oznajmił przez złote zęby barman.
- !!#!%^&;*!! - pasikonik zapłacił i odszedł smutny w dół ulicy.



To, co brutalny mężczyzna ze świętym uśmiechem podał do wypicia ofierze nazywa się Michelada. Typowy trunek podczas każdej meksykańskiej ulicznej imprezy. Do piwa wlewa się jakąś mieszankę, która w swym składzie może mieć Bóg wie co, nawet Maggy, ale przede wszystkim musi być ostre i cierpkie. Meksykanie ubóstwiają piwo podane w ten sposób i często urozmaicają skład Michelady. Wiele przyjezdnych turystów również fascynuje się tym smakiem, ale nie każdy. Na szarym końcu smakoszy znajduje się smutny, niewyspany pasikonik, który po 2 łykach oddaje swe "zasłużone" piwo znajomemu sprzedawcy biżuterii, dzięki czemu zdobywa jego szacunek i dozgonną przyjaźń.


Pasikonik nie śpi już trzeci dzień i noc, nie dlatego, że zabawa trwa. Nie dlatego, że muzyka ryczy ze wszystkich stron. Nie dlatego, że lasery wpadają przez okno rozświetlając błogą ciemność. Jak wszyscy sąsiedzi kościoła Matki Boskiej Guadelupe, tak i pasikonik nie śpi trzecią noc, gdyż mniej więcej raz na pół godziny dochodzi do... eksplozji. Eksplozji tak potężnej, że człowiek naprawdę przykleja się do sufitu. Eksplozji tak nagłej i niepodziewanej, że serce staje w gardle, szklanka wymyka się z ręki, a z ust, przez zaciśnięte zęby wyrywa się niekontrolowane: "O Jezu!!!". Te eksplozje to bardzo ciężkie fajerwerki, które wybuchając tuż obok twego domu, powodują taki wstrząs, że obrazki spadają ze ścian. Akurat ja w domu nie miałem obrazków, ale razu pewnego upadło mi na podłogę... poroże! Mało tego, rakiety wybuchają w powietrzu, ale ciężkie łuski spadają z powrotem na ziemię, zabijając co roku w grudniu kilkanaście osób... Na szczęście śmiercionośne pociski spadły tylko trzy razy na mój blaszany dach, ale za to na dach sąsiada, tuż obok, już kilkanaście razy. (Dzień wcześniej w mieście w środku dnia spadła metr ode mnie jeszcze płonąca kometa!).
Nie wiem, nie rozumiem, mam mnóstwo sprzecznych teorii na ten temat, w każdym razie, nie jest to przyjemne, jeśli eksplozje trwają 3 dni bez przerwy... Piątego dnia pasikonik nie wytrzymał...



Piąta albo szósta rano, pasikonik znów przyklejony do sufitu. Odkleja się, zakłada buty i idzie. Prosto do paszczy lwa. Już trochę świta, tłum znikł, na schodach do kościoła stoi rycerz Pani Guadelupe, a przed sobą ma swoje działo - sprytnie zespawana metalowa konstrukcja, do wyrzutni aż siedmiu na raz ciężkich ładunków wybuchowych. Żołnierz Matki Boskiej - sam kościelny (który zresztą sprzedaje bimber na lewo) - wygląda imponująco - niski, gruby, w podartym swetrze, dresie i laczkach.
- Panie! Co Pan?! Dlaczego wali Pan z działa o tej godzinie?! W dzień okej, ale całą noc?! I to piątą z rzędu?! Spać nie można! Nikt tu w okolicy nie śpi od tygodnia!
- No właśnie o to chodzi - odpowiada spokojnie kościelny i uśmiecha się, ukazując brak przednich zębów. Jego pełna dobroci twarz i ciepłe, kochające oczy natychmiast rozbrajają pasikonika, a szczerość i prostota tej odpowiedzi, nadaje nowy sens w jego życiu. Spodziewał się jakiejś niewytłumaczalnej tradycji, absurdalnego prawa kościelnego lub pełnego mistycyzmu dopełniania chrześcijańskich obietnic... Nie. Po prostu mamy nie spać:)


(Wszystkie fotografie publikowane  do tej pory wykonali - Oleg Anatolievich Myasoedov i Elena Korykhalova)

90% Meksykanów deklaruje się jako katolicy. Wiadomo powszechnie, iż jest to wpływ niebezpiecznej cywilizacji zachodu, która pod papieską flagą 500 lat temu przeprowadzała krwawe krucjaty i ogniem, gwałtem i mieczem "chrystianizowała" Indian, i która zostawiwszy przy życiu zaledwie 4% rdzennych mieszkańców, pod groźbą śmierci nakazała się im nawrócić na "wiarę chrześcijańską". Wg mnie było to najstraszniejsze i największe w historii ludzkości ludobójstwo. (Więcej znanych-nieznanych faktów o masakrze amerykańskich Indian w odcinku HISTORIA).
I te 4 % przerażonych Indian, trzymanych w niewoli, zmuszanych do niewolniczej pracy w morderczych warunkach (mimo przyjęcia chrztu), rozrosło się w dzisiejsze 30% mieszkańców Meksyku (pozostali to Metysi - 60% i europejczycy - 9%.). Te 4% rdzennych mieszkańców przez 500 lat przechowało w swych opowieściach, w swych domostwach, w swych rodzinach resztkę ze zniszczonej w większości kultury: rytuały i wierzenia, obrazy i rzeźby, muzykę, instrumenty i tańce swych przodków, i to wszystko odżywa teraz na nowo.


Jednym z zachowanych rytuałów jest ceremonia Temazcal. Przepiękna kuracja i oczyszczenie z brudów nie tylko ciała, ale i duszy. Temazcal pochodzi od Lakotów z Ameryki Północnej, ale z biegiem lat, jej sława o cudotwórczych właściwościach obiegła niemal wszystkie grupy Indian w Ameryce Centralnej - Azteków, Majów, Tolteków, Olmeków, Totonaków i innych.





Do ceremonii należy przygotować się wcześniej. Tego samego dnia nie jeść mięsa, ani żadnych ciężkostrawnych rzeczy, a najlepiej same owoce. Mistrzowie rozpalają wcześniej wielki ogień i przez wiele godzin rozgrzewają w nim duże kamienie pochodzenia wulkanicznego. Kiedy kamienie są gotowe, wzywa się uczestników, dając sygnał przez "caracol" - wielkie muszle, których dźwięk przypomina nasze myśliwskie rogi. Dźwięk donośny, mistyczny, lekko zatrważający...






Gdy już zbiorą się wszyscy, oddaje się hołd w sześciu kierunkach świata, a przy każdym kierunku powtarza się modlitwę. Potem wszyscy się rozbierają. Uczestnicy ceremonii mieszają się w taki sposób, by w miarę możliwości każda kobieta była otoczona przez dwóch mężczyzn, a każdy mężczyzna przez dwie kobiety (dla zachowania równowagi) i przy uprzednim oczyszczeniem kadzidłem "copal" (oczyszczenie aury ze zbędnych, przyssanych do niej nieharmonijnych bytów zewnętrznych) pojedynczo wchodzi się do "brzucha Matki Ziemi", czyli kamiennego szałasu.


Temazcal to nic innego jak prawdziwe spotkanie z jądrem Ziemi, piekielnie gorącą macicą Matki Natury. W czasie ceremonii jednasz się z Nią, a także z innymi Świętymi Elementami jak wodą, ziemią, wiatrem... Na nowo odkrywasz, iż jesteś Jej częścią i że sam do Niej należysz. Rodzisz się na nowo, tym razem jednak wychodzi się z brzucha Pachamamy. Nic już nie jest takie samo...


Kiedy wszyscy uczestnicy siedzą już w okręgu w kamiennym szałasie, ostatni wchodzi szaman, mistrz ceremonii.


Pomocnicy podrzucają pierwszy wielki rozżarzony kamień do środka. Kurtyna zapada i nastaje zupełna ciemność. Szaman polewa kamień wodą z ziołami i zaczyna grać na rytualnym bębnie i śpiewać pradawne pieśni przodków. Zaczyna się robić gorąco... Zapach ziół i kadzideł jest tak intensywny, że przenika na wskroś.


Za chwilę pomocnicy dorzucają kolejny rozżarzony Kamień i robi się już kompletnie parno... Bęben, śpiew azteckich pieśni, zioła, ciemność - Szaman powoli wprowadza wszystkich w trans. Potem dochodzą kolejne Kamienie i później jeszcze więcej Kamieni. Ogarnia Cię strach... Zaczynają się wizje... Ogień pali skórę, szaman śpiewa coraz donioślej. Mózg płonie, myśli, dusza, wszystko, czujesz, że płoniesz cały, dusisz się, błagasz o jeden łyk powietrza, chcesz wyjść, bęben wali, ale nie wiesz skąd i gdzie, pozostaje być, ale każda sekunda to wieczność, płoniesz, bęben wali, czujesz zwęglone ciała, nic już nie ma znaczenia, płoniesz, chcesz krzyczeć, ale nie ma tchu, serce nie wytrzymuje, pęka, czaszka pęka też, świat pęka, wszystko pęka, jęczysz i... umierasz... kurtyna się podnosi, docierają pierwsze skromniutkie kłębki powietrza, łykane łapczywie przez wszystkich otumanionych. Trzeba wychodzić naokoło. Kamienie - Wulkany będące na środku obchodzi się tylko z lewej do prawej, więc czekasz, patrzysz jak powoli wychodzą inni, aż w końcu Twoja kolej, obchodzisz Kamienie na czworakach (szałas jest niski), wychodzisz na zewnątrz, nie myślisz jeszcze, tarzasz się, czerpiesz garściami powietrze, a inni leją Cię lodowatą wodą i zaczynasz krzyczeć jak dziecko... Leżysz na plecach, a nad Tobą rozpościera się obfita Droga Mleczna i tysiące gwiazd... Urodziłeś się właśnie ponownie.


wtorek, 26 sierpnia 2014

Opowieści o zwariowanym Meksyku - AUTOSTOPEM, no jak inaczej?


Meksyk JEST, tego jestem pewien. A dokładnie Meksyk jest tuż za rogiem, w Meksyku - kraju, który ma daleko do Boga, ale blisko do Stanów Zjednoczonych (tak o swoim kraju mówią najprawdziwsi Meksykanie).


Odkrywszy ogrom Energii, Piękna, Natury, Magii i Potencjału w tym kraju, pisałem mało - Meksyk nadepnął mi na pióro poniekąd. Dlatego zgotowałem dla Państwa teraz pyszną porcję Meksyku na talerzu tak owalnym, że wszyscy się z niego najemy do syta. Jako że miałem przyjemność zacną w kolorowym kraju mieszkać aż osiemnaście miesięcy, pasikońskimi spostrzeżeniami chętnie podzielę się z Państwem, z podniecenia przygryzając sobie wargę dolną. Zapraszam na cykl opowieści o Meksyku oczami Pasikonika.






















Odcinek 1.

AUTOSTOP -  ponad 12 tyś kilometrów przejechanych autostopem po Meksyku



Zaczniemy od tego, od czego się w Meksyku zaczęło. Prosto z lotniska, przytupując radośnie, dzielnie doszliśmy na wylotówkę, gdzie pod znakiem wskazującym kierunek jazdy, na stopa stanęliśmy.



Miejsce nieprzypadkowe, bowiem łapaliśmy kierowców na tak zwanym "topku" czyli progu zwalniającym. Takie progi zwalniające usłane są wszędzie, na pokaźnym dywanie dróg w caluśkim Meksyku, w Gwatemali, prawdopodobnie w całej Ameryce Centralnej i całej Ameryce Południowej. Jest to bardzo dobra metoda, by przygasić nieco ogień latynoamerykańskich stóp naciskających na pedały gazu.


Niejednokrotnie jednak "topki" stają się przekleństwem, kiedy podczas wielogodzinnej jazdy trzeba zwalniać po siedemnaście razy w każdym napotkanym miasteczku, albo kiedy człowiek wymyślił sobie, że się trochę prześpi w samochodzie.




"Topki" są różne, nieraz tak wysokie, że haczą podwozia. Wielu z nich w ogóle nie da się zauważyć, jadąc nocą na przykład. Rozpędzone auto podskakuje, a pasażerowie walą czaszkami w sufit (w Meksyku tylko kierowca zobowiązany jest do zapinania pasów bezpieczeństwa, o czym zazwyczaj nawet nie wie).


Chyba że się jedzie "na pace", co  w najgorszym scenariuszu może się zakończyć wyfrunięciem. Jednak jakoś ludzie nie wyfruwają zbyt często, za to często trzeba wymieniać koła i opony. Dlatego w kraju "topków" jest więcej zakładów wulkanizatorskich, niż zakładów pogrzebowych.



Z drugiej strony taki "topek" to najlepsze miejsce na stopa, gdyż auta zwalniają prawie do zera. Bardzo pomocny w zatrzymywaniu aut okazuje się wrzask. Naprawdę działa lepiej niż karteczka z napisem, kiedy się do kierowców po prostu krzyczy. Meksykanie uwielbiają być głośni i donośni, dlatego wykrzykując na przykład: "Hola amigo!!!! A Palenque Por favor!!!!!" ("Hej przyjacielu!!!! Do Palenque proszę!!!!!") - stajesz się im bliższy.


Ale co jest najlepsze w autostopie to jazda na pace! Chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć jak super się jeździ, kiedy wiatr rozdmuchuje włosy (przy meksykańskich upałach to prawdziwe orzeźwienie), nic nie ogranicza widoków, a kiedy ma się przy sobie plecak i karimatę, można się wygodnie wyłożyć, rozciągając nogi i patrzeć w niebo i chmury... Prawdziwa rozkosz podróżowania.


Autostop w Meksyku nie zna limitów. Dla przykładu 5 osób z wielkimi plecakami i psem? Nie ma problemu. Czterech facetów machających kciukiem w miejscu bez zatoczki, przy ciągłej linii, gdzie żaden porządny Niemiec by się nie zatrzymał, w Meksyku - nie ma problemu. Puszka piwa w ręce, podarte spodnie, brak obuwia - nie ma problemu. Meksykanie nie patrzą jak wyglądasz, jesteś człowiekiem i potrzebujesz podwózki, a kiedy mają miejsce na pace - zabierają. Moim rekordem było łapanie w 11 osób, w tym dwoje dzieci, jednak akurat wtedy nikogo nie złapaliśmy.
























Strzec się trzeba stopowania w miejscu bez topka. Rozpędzony kierowca, doszczętnie poirytowany ilością zahamowań na trasie, na prostej drodze nie zwolni. Trzeba czasem długo poczekać. Za to w co trzecim aucie kierowca oraz jego towarzysze podróży uprzyjemniają sobie wyprawę... zimnym piwem, którym zresztą bardzo chętnie częstują. Nie zliczę przypadków, w których wchodziłem do wesołego auta zupełnie trzeźwy, a wychodziłem z niego całkiem "rozluźniony" i to często w innym miejscu, niż do którego jechałem.


Razu pewnego, kiedy stopowałem z koleżanką już dosyć późnym wieczorem, zatrzymał nam się garbusem bardzo gadatliwy i roześmiany grubasek. Był już mocno "wcięty", ale sympatyczny. Za każdym razem, kiedy chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, zatrzymywał samochód, tak więc 20 km pokonywaliśmy w półtorej godziny. Garbus hamował do zera wiele razy, zazwyczaj na prawym pasie, czasami na lewym, a raz, wyjeżdżając ze sklepu tyłem z nowo zakupionym czteropakiem, zatrzymał się w poprzek jezdni, a gadatliwy grubasek po raz kolejny wyjaśnił nam coś ważnego. Armia, która kontrolowała drogę, kazała nam zjechać na pobocze (kontrole policyjne lub wojskowe to zupełna norma - sprawdzenie dokumentów i przeszukanie auta w celu odnalezienia substancji nielegalnych). Grubasek niczym nie skrępowany wyskoczył z auta, podbiegł do oficera, przylgnął do jego klatki piersiowej i wycedził: "ja jestem już po kilku piwach, ale to nieważne! Niech pan oficer spojrzy kogo ja wiozę! Dwóch Australijczyków!!!". Trzy razy mu mówiliśmy, że jesteśmy z Polski i Portugalii. Oficer przejrzał nasze dokumenty, jego żołnierze obmacali nam plecaki, po czym kazali nam jechać dalej. Nikt nie zareagował na to, że kierowca garbusa jest kompletnie pijany...


A co z bezpieczeństwem na stopa w Meksyku? Tyle się słyszy o porwaniach, kradzieżach i morderstwach. Ja to na pewno nic nie słyszałem konkretnie, a jak już coś słyszałem to od innych, którzy gdzieś coś słyszeli. Jednak autostop w Meksyku nie jest do końca bezpieczny...


Zdecydowanie nie polecam szukania "okazji" samym dziewczynom, zwłaszcza Europejkom. Meksykanie mają bzika na punkcie białych kobiet, uważają je za wyzwolone seksualnie, zauważywszy więc samotną europejkę przy drodze, do wielu kierowców przylgnie myśl, iż dziewczyna chciałaby złapać coś innego, a stopem to tak przy okazji... Podróżowałem z kilkoma różnymi koleżankami autostopem i bardzo często powtarzał się jeden schemat: kierowcy lub towarzysze podróży najpierw się gapili, potem, kiedy ślina zaczynała ściekać z ust, nie wytrzymując siły napierającego wodza w spodniach, składali propozycje. Następnie, kiedy koleżanka grzecznie odmówiła, sytuacja się rozluźniała. Zazwyczaj delikwent czekał, kiedy zostanie z koleżanką sam na sam, niejednokrotnie się też zdarzało, iż moja obecność owemu nie przeszkadzała.


Meksykanie są bardzo mili, pomocni i uśmiechnięci, dlatego trzeba używać zdwojonej czujności i bardzo uważnie słuchać intuicji, by pod przykrywką grzeczności i radości nie wpakować się w tarapaty. Zaglądając do nowo zatrzymanego auta warto spojrzeć celnie w oczy prowadzącego samochód, by określić na jakim poziomie podchmielenia się znajdują. A kiedy się siedzi "na pace" warto liczyć wypadające puszki po piwie z okna kierowcy i około piątej (puszki są małe 327 ml, a piwo słabiutkie 3,5 - 4,0 %) opuścić pojazd. 


Zdarzyło się, że strzelał do mnie z dubeltówki jeden rolnik, ale się obyło bez obrażeń. Zaskoczył nas na wielkim polu kukurydzy, pośrodku ciemności pojawił się znikąd, zaczął wściekle krzyczeć "co my tu robimy?!!!", a po naszych pokojowych wyjaśnieniach (które urwał po około 5 sekundach) najpierw strzela w ziemie, później w niebo, a my uciekamy z wpół rozbitym namiotem w rękach, hopsa sa, przez płot, totalnie wystraszeni, biegniemy przez kukurydze, a uśmiech i przerażenie z gęby nie znika! Uciekliśmy! Pierwszy raz w życiu ktoś do mnie strzelał. Ale było zajebiście!
Więcej o bezpieczeństwie w Meksyku przeczytacie Państwo w odcinku BEZPIECZEŃSTWO.


 Kiedy się podróżuje "na pace" (75% wszystkich "okazji") to rozmowa z kierowcą ogranicza się do przywitania, ustalenia celu podróży i pożegnania z podziękowaniem na końcu. Jest to duży atut przy ogromnych dystansach i wielogodzinnej jeździe; odpowiadanie na stale powtarzające się pytania jest po prostu męczące.






Podsumowując autostop w Meksyku muszę przyznać, iż na czterdzieści krajów przeze mnie przejechanych, ten jest na pierwszym miejscu. Meksyk to raj dla autostopowicza!!! Ludzie są bardzo pomocni, często zabierają Cię do swych domów, dają nocleg, obiady, chętnie zapoznają Cię z rodziną i przyjaciółmi, opowiadają o swym mieście, o kulturze i historii. Po drodze kupują orzeźwiające napoje, pomagają rozwiązać bieżący problem, zatrzymują się w ciekawych miejscach i co dla mnie jest bardzo ważne -prawie w ogóle nie narzekają!




W Gwatemali autostop wygląda bardzo podobnie jak w Meksyku tylko... czas łapania aut jest skrócony do minimum. W Gwatemali łapie się stopa tak szybko, że śmiało jestem w stanie powiedzieć, że to pod tym względem najlepszy kraj w jakim przyszło mi machać kciukiem!



Generalnie nie wyobrażam sobie Meksyku bez autostopu. Najlepsze, niespodziewane i spontaniczne przygody, fantastyczni ludzie, przepiękne trasy przez dżungle, pustynie, góry i lasy, najwspanialsza forma podróży, która pozwala Ci poznać kraj, region, język, potrawy, tradycje i cały przekrój społeczeństwa. Viva Mexico!!!

(Zdjęcia: pasikonik, Kuzyn i Wiosna)