Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Opowieści o zwariowanym Meksyku - MAMONA czyli za ile? Jak i dlaczego?


Odcinek 3. MAMONA, czyli za ile? Jak i dlaczego?

Wszystkie oficjalne statystyki pokazują, że Polska to kraj bogatszy niż Meksyk. Jakby tak okiem sięgnąć źródła sprawy, trzeba by się rozeznać, na czym opierają się owe statystyki. Kraj krajowi nierówny, a banknot banknotowi. Oczami pasikonika zwróconymi na obrót monetarny Meksyku zapraszam na odcinek trzeci - MAMONA, czyli za ile? Jak i dlaczego?



Polska czy Meksyk - który kraj jest bogatszy tak naprawdę?

Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż się wydaje. Nie, nie łamię sobie zębów trzeci dzień, by rozgryźć ten orzech, który kraj jest bogatszy. Obydwa kraje charakteryzuje to samo, co resztę krajów na planecie Ziemia - biednych jest zawsze więcej niż bogatych. Jedno jest pewne - bogacze w Meksyku są bardziej bogaci niż bogacze w Polsce, a ubodzy Meksykanie są biedniejsi niż biedni Polacy. A jako że jeden kraj jest zdecydowanie większy i bardziej zaludniony niż drugi, tak też statystycznie Polska jest krajem bogatszym niż Meksyk, który statystycznie jest biedniejszy, choć wydaje się bogatszy. I jeszcze jedno jest pewne - zdecydowana większość i bogatych i biednych Polaków na co dzień narzeka i skupia się na tym, co by chciało mieć, a większość i bogatych i biednych Meksykanów na co dzień cieszy się życiem i skupia się na tym, co już ma. Pod tym względem Meksyk oczami pasikonika naprawdę jest bogatszy:)


Gdzie wydają pieniądze Meksykanie?

W Meksyku miałem do czynienia z ludźmi stojącymi na różnych szczeblach drabiny społecznej. Drabina ta jest długa.
* Miałem okazję zaprzyjaźnić się z przerażająco (!) bogatymi osobami, rozbijać się najnowszymi autami, jeść w najdroższych restauracjach i spać w pięciogwiazdkowych hotelach.
* Przebywałem w światku artystycznym, w apartamentach urządzonych tak kosmicznie, że do dziś kręci mi się w głowie!
* Byłem goszczony przez rdzennych Indian w ich wioskach, dla przykładu 3 dni jedząc tylko fasolę i śpiąc na dziurawej podłodze.
* Spędziłem wiele, wiele dni (łącznie) w kabinach ciężarówek, poznając przy długich rozmowach życie zawodowych kierowców.
* odwiedzałem komuny zapatystów - rewolucjonistów, którzy zbrojnym powstaniem wywalczyli sobie autonomię i do dziś z karabinami strzegą swych ziem.
* Jednak najwięcej czasu spędziłem wśród "zwykłych" rodzin, w przeciętnych miasteczkach, w normalnych mieszkaniach, wielokrotnie będąc zapraszanym do ogniska domowego.
I na tych ostatnich właśnie, jako że jest ich najwięcej w całym Meksyku, skupię swoją uwagę.

(Fot. Kuzyn)
Polacy wydają znaczną część swoich dochodów wkładają do swoich domostw. Wystarczy się rozejrzeć, co chwilę ktoś remontuje mieszkanie, kupuje się nowe dywany, stoliczki, lampki, kwiaty, obrazy, figurki... Nasze mieszkania upiększa się w nieskończoność (mam na myśli klasę średnią). Meksykanie jak zauważyłem nie wykazują takich tendencji. Mało tego. Często ich domy wyglądają jakby były niedokończone - ściany są tylko otynkowane, szare, podłogi surowe, zamiast lampy wisi łysa żarówka, brakuje ozdób, a wnętrze wypełniają tylko przedmioty używane, praktyczne. Tak jest w wielu domach, choć w Meksyku jest więcej domów niż wiele.



Trzeba jednak zaznaczyć, że w prawie każdym domu znajduje się ołtarzyk z Dziewicą Guadelupe na czele. Czasem ołtarz zajmuje cały pokój, czasem całą ścianę.

Na początku swej przygody w tym kraju myślałem, że to z braku pieniędzy ich domy wyglądają tak, jakby były niedokończone. Jednak prawda leży gdzie indziej. Meksykanie wolą po prostu wydawać pieniądze na co innego. A na co? Na dobrą zabawę! Dlatego raz lub dwa razy w tygodniu przeciętna meksykańska rodzina (można liczyć na przykład 8 osób) idzie na obiad do restauracji i przez 3 godziny jedzą i piją do woli! A Meksykanie potrafią jeść, oj potrafią. Co drugi weekend wybierają się autem do rodziny albo na plażę, nawet jeśli to jest 5 godzin drogi w jedną stronę. Na plaży oczywiście cały dzień jedzą i piją, nocują w hotelu, a dzień później wracają zadowoleni i zrelaksowani do swych "ubogich" domów.
Trzeba też dodać, iż  auto musi być pierwsza klasa. Najlepiej jeep pickup, potężny (na dużą rodzinę), o dużych kołach (topki) i klimatyzacją (upały).
Na moje oko to wygląda w ten sposób.
Dla Meksykanina najważniejsza jest rodzina, Bóg, radość z życia i dobra zabawa. Dlatego nawet w tych surowych domach jest rodzinnie i przytulnie, ponieważ atmosferę wytwarzają gorące więzi rodzinne.



Bądź co bądź Meksykanie uwielbiają wydawać pieniądze w restauracjach i barach. I uwielbiają się dzielić, kupować jedzenie i picie podróżnikom. Nie turystom, podróżnikom. 75% przypadków autostopu zawierała w sobie nie tylko podwózkę, ale często i prezenty w postaci obiadu, przekąski, piwa, słodyczy, wody, często noclegu, i co tam kto miał co do zaoferowania. Meksykanie to jeden z najbardziej gościnnych krajów, jakie poznałem:)


ILE CO KOSZTUJE?

Najlepszym porównaniem dotyczącym kosztów życia jest porównanie tego, ile i co można kupić za godzinę pracy. Nie będę wchodził w tak drastyczne szczegóły, ale zdradzę pewne sekrety.
Będąc zatrudnionym na stanowisku na przykład sprzedawcy w sklepie albo recepcjonisty w hotelu typowa dniówka to od 100-150 peso (25-35 zł). Jeśli przydarzyło Ci się być w tym życiu ładną, a do tego młodą dziewczyną, można dodatkowo liczyć na spore napiwki (np kelnerka) i wyciągać do 300 peso dziennie w atrakcyjnym klubie dla turystów. Co można za to kupić?
(By wyliczyć w złotówkach wystarczy dzielić przez cztery).

Chleb - 15- 50 peso
Butelka wody 1,5 l. - 10-12 peso
kiść bananów - 10 peso
kilo fasoli - 20 peso
obiad w dobrej restauracji - 60 peso +
piwo w knajpie (0,33 l.) - 25 peso +
piwo w sklepie (0,33 l.) - 10 peso +
butelka dobrej tequili - 120 peso +
taksówka w obrębie miasta - 25 peso
wejściówka na koncert - 30 peso +
wejściówka na zwiedzanie obiektów archeologicznych - 50 peso + (często o wiele droższe)
CD ulubionej grupy muzycznej - 100 peso +
książka - 100 peso +
bilet na minibus w obrębie miasta - 6 peso
bilet na autobus (800 km) -  350 peso + (w zależności jakie linie)
paczka papierosów - 7 peso + (Marlboro 45 peso)
wynajęcie skromnej chatki na obrzeżach miasta (na miesiąc) - 500 peso +
wynajem pokoju w apartamencie w centrum (na miesiąc) - 1500 peso +
wynajem łózka w wieloosobowym pokoju w hostelu - 60 peso +
mały majonez - 13 peso

(Ceny dotyczą głównie stanu Chiapas)



ZAWYŻONE CENY DLA GRINGO

Jeśli jesteś biały to masz przesrane. Prawie każdego dnia ktoś zawyża Ci ceny w sklepie. Sprzedawca nie wie czy jesteś w Meksyku pierwszy dzień czy drugi rok, więc próbuje szczęścia. Tutaj nie ma zmiłuj - trzeba spokojnie wytłumaczyć, że znasz cenę danego produktu bardzo dobrze i lepiej, żeby nie kłamał, bo pójdziesz do innego sklepu. Jeśli jednak faktycznie jesteś pierwszy dzień w Meksyku (lub gdziekolwiek, gdzie biały jest mniejszością) to należy na początku przejść się po kilku sklepach i popytać o ceny. Nie mniej jednak zazwyczaj sprzedawcy uśmiechają się:)


(Fot. Kuzyn)

Mieszkałem 8 miesięcy na końcu pewnej długiej ulicy. Dzień w dzień mijałem na tej ulicy sklep za sklepem. Sklepy wyglądają nieco inaczej niż w Polsce. To po prostu pomieszczenia w domach, w których trzyma się zazwyczaj artykuły o długich terminach ważności. Krata na wejściu zazwyczaj jest zamknięta, więc trzeba zadzwonić dzwonkiem albo walić monetą w kratę. Jeśli ktoś jest w domu, i jeśli nie ogląda swojego ulubionego serialu, albo nie jest zajęty czym innym, to otworzy Ci drzwi do swojego sklepu.


(Fot. Kuzyn)

Choć moja chatka była cudowna, to okolica nie do końca. Przez 8 miesięcy z 20 sklepów, które mijałem dzień w dzień, tylko 3 dawały mi normalne ceny. Reszta... cóż, nie lubili w tej okolicy białych... Niektóre sklepy (czyt. rodziny - każdy sklep to inna rodzina, ale często spokrewniona z innym sklepem - rodziną) na początku dawały mi zawyżone ceny na pewne produkty, jednak kiedy okazało się, że mieszkam wśród nich już wiele miesięcy, dawali mi "upusty" na inne produkty, których wcześniej w danym sklepie nie kupowałem. Sprowadzało się to do tego, że idąc 20 minut tą ulicą, w jednym sklepie kupowałem świeczki, w drugim bułki, w trzecim zapałki, w czwartym banany, zamiast kupić wszystko w jednym. I tak przez wiele miesięcy...

(Fot. Wiosna)

Inaczej wygląda Meksyk, kiedy podróżuje się z plecakiem na plecach, a inaczej, kiedy mieszka się wśród plebsu. Znam wiele przypadków białych zamieszkujących biedne dzielnice meksykańskie, więc na szczęście z radością mogę powiedzieć, że po prostu trafiłem do trudnej okolicy:)

(Magiczne kanapki)







Jako że razem z Kuzynem zabraliśmy ze sobą bardzo mało pieniędzy, po 2 miesiącach nam się skończyły, więc trzeba było zacząć kombinować. I tak na początku szykowaliśmy kanapki w domu i sprzedawaliśmy je na ulicy. Później szykowałem spaghetti i sprzedawałem na ulicy, następnie wszedłem w biznes z sąsiadami i ja gotowałem falafele, a oni je sprzedawali.



 (Fot. Quenie Very)

Później znów znów robiliśmy kanapki z sąsiadami. Jedna restauracja zainteresowana moimi wyrobami, zaproponowała układ i tak zacząłem gotować dla nich falafela i rybę po grecku. W międzyczasie wykonywałem pewne projekty video, które również przynosiły mi jakiś niewielki dochód, a na sam koniec to już się zupełnie zapożyczyłem:) Meksyk nie jest jakimś super tanim krajem, jednakże koszty życia są o wiele niższe niż w Polsce. Trzeba zaznaczyć, iż odpadają opłaty za ogrzewanie domów (klimat), woda jest darmowa lub bardzo tania (stan Chiapas), opłaty za prąd wynosiły mnie około 15 zł za dwa miesiące, więc również są znikome.


Jeśli ktoś wybiera się do Meksyku z małą ilością gotówki to ma wiele możliwości wolontariatów. Bez problemów można znaleźć hostele, eko-wioski, komuny, organizacje, które za pomoc i pracę zapewniają Ci pożywienie i miejsce do spania. W Meksyku naprawdę można przeżyć za bardzo małe pieniądze, jednak trzeba się wykazać kreatywnością. Dozwolone jest wszystko, wystarczy wymyślić swój patent , zacząć tworzyć (biżuterię, ozdoby, pokazy artystyczne, teatrzyk, itp) wyjść na ulicę i już. Pieniądze i możliwości same Cię odnajdują. Aby żyć miło i przyjemnie, dobrze jest opracować coś, co się naprawdę lubi robić, a wtedy nie zwraca się zbyt dużo uwagi na pieniądze, one płyną, a Ty żyjesz. "Pura La Vida" jak mówią Meksykanie, czyli - prawdziwe życie.

czwartek, 27 września 2012

TAJEMNICA

Co ja Was kochani będę przepraszał po raz kolejny, że długo nic nie pisałem na blogu, skoro wiecie doskonale, iż Pasikoń po prostu nie próżnuje, nowe cele realizuje, a czasu i słów mało, mało tak mało, by opisać to wszystko, co dzieje się w gorącej duszy, by wiosenno-letnie niezmordowane myśli swe przelać na komputerowy papier gardzący celulozą, by wybrać, ubrać, przebrać i rozebrać do cna, do dna sytuację jakąś, i dlaczego tą właśnie historię szerokiemu, szanownemu gronu czytelników stałych i nie stałych przedstawić mam, a nie na przykład inną historię, bo u diabła czemu jedna od drugiej lepszą ma być i o jejku, tyle razy siadłszy przed komputera ekranem małym, acz siecią ogromną i owoc morza swego próbując w ową sieć wrzucić, niewiele z tego wszystkiego wyszło, sieć pozostawiałem wolną, a sam w kolejne zawroty wszelakich sytuacji odchodziłem, spuszczając energię w inne płaszczyzny. Jako że po tym zdaniu czuję się już „z letka” usprawiedliwiony za milczenie swe złote, a napływ zrozumienia i empatii czytelników dociera w tej chwili do mej duszy, za co dziękuję i morda mi się cieszy od ucha do ucha, postanowiłem zdradzić Wam kochani TAJEMNICĘ, która nie może dłużej siedzieć na strychu pasikońskiej łąki. 



Otóż za czas bardzo niezadługi, po raz kolejny lecę za ocean! W lądy me ulubione, gdzie jedno z serc swych gorących zostawiłem i hulajdusza mi się rusza! Opisać tego nie sposób, choć wyobrazić sobie można, kto wyobraźnię ma i używa, jak cieszy się dziecko, gdy do swej matki po długim czasie rozłąki powraca. Tak więc witaj Ameryko, witaj chica, witaj chico!
O szczegółach nadchodzącej wyprawy pisać na razie nie będę, bo i tak nastapić ma podobno nijakie przebiegunowanie i kto wie kiedy i jak ogóły szczegółami, a szczegóły ogółami się staną...:)

DOM

Póki co tkwię w wiecznym pięknym Teraz, a Teraz właśnie nadszedł dla mnie Czas spokoju i odpoczynku... domowego! Przepraszam, czy Szanowni Państwo to rozumieją..? ODPOCZYNKU DOMOWEGO! Już pędzę z wyjaśnieniami, wszak nie każdy wie, nie każdy zna, nie każdy pamięta, że od lat już czterech czy pięciu (samemu ciężko mi się połapać) żyję bez domu w zasadzie, jeno z plecakiem, śpiworem i namiotem włóczę się po krajach różnych, gdzie na łąkach, w lasach, parkach czy zagajnikach po prostu... mieszkam. Dla jednych niewyobrażalne żyć w taki sposób, drugim jawię się kwintesencją Wolności, trzeci zazdrosnym okiem spozierają, jeszcze inni najchętniej by mnie za to przymknęli. A mnie to guzik obchodzi co inni, bo ja na swojej drodze jestem, w swojej wędrówce wspaniałej ku Słońcu, zawsze ku Słońcu! 



Owszem, zdarzało mi się pokój na miesiąc wynająć, nawet przez dwa miesiące w czterech ścianach we Wrocławiu mieszkałem dwa lata temu (TUTAJ), ale w tym roku do końca lipca wciąż więcej nocy pod gołym niebem spędziłem, aniżeli w pomieszczeniu, o łóżku już nie wspomnieć. Jestem ślimakiem ze swoim domkiem na plecach, a drzewa, strumienie i Niebo już dawno temu stały się moją sypialnią, kuchnią i toaletą.



Tuż przed wyjazdem z Polski (w której de facto 3 miesiące bawiłem, nie mogąc z niej po prostu wyjechać, gdyż przepiękne, przewspaniałe chwile jedna po drugiej jak domino wypełniały każdy dzień po brzegi) zostałem okradziony beznamiętnie. Ktoś, kto nie wiedział, co czyni, zawinął mój namiot cały, śpiwór i Admirała, wiernego towarzysza wieloletniej wędrówki.
Ot tak, po prostu. Poszedłem do sklepu, w nijakim Płocku, a gdy po jakiejś małej godzince wróciłem, po moim namiocie został przypłaszczonej trawy ślad...

 
W Admirale trzymałem niezbędne do życia rzeczy takie jak garnek, latarkę, empetrójkę i paszport. Paszportu szczególnie szkoda, gdyż miałem tam kolorowe pieczątki, jeśli zaś nadejdzie obiecane przebiegunowanie, paszportu na szczęście będzie szkoda tylko ogólnie. 

Ale ja nie o tym, nie o tym chciałem opowiedzieć przecież! Otóż po prawie 17 miesiącach ponownie zostałem posiadaczem SWOJEGO POKOJU! To jest dla mnie tak niesamowite i piękne doświadczenie, że przez pierwsze tygodnie wyjść z zachwytu nie mogłem, ale co ja gadam w zasadzie, wróć! Ja zachwycony jestem bez przerwy i właśnie Teraz, pisząc te słowa Tu, w SWOIM POKOJU, czuję taką podnietę, że zaraz normalnie szyby popękają! Miło, naprawdę miło zatrzymać się na chwilę. I swoją toaletę mam, oczywiście dzielę się nią z moimi współlokatorami kochanymi, a jakże. Ale jakie to przyjemne uczucie z tego samego prysznica korzystać codziennie, do tego samego sedesu srać codziennie i nawet papieru na deskę nakładać nie trzeba, jak to zazwyczaj na stacjach benzynowych czy gdzie tam się zdarzało usiąść. Naprawdę mocno stęskniłem się za stałymi czynnościami, na przykład otwieranie, wyglądanie i zamykanie tego samego okna. Ziściłem jedno z małych pragnień, które od wielu miesięcy kłębiło mi się między uszami, a mianowicie kupiłem bazylię w doniczce! Jej przenajświętsze listki znajduję w kanapkach! Przez długi szmat czasu nie mogłem sobie na to pozwolić, i może to trochę szaleństwo, ale ja naprawdę mam bzika na punkcie bazylii i nikt tego poza mną nie jest w stanie do końca zrozumieć, to wiem.



Pokoik mój na piętrze (zapraszam szczególnie zainteresowanych i ogólnie zainteresowane także) znajduje się niecałe dwa kilometry od piaszczystej nadmorskiej plaży, według mnie w najładniejszym miejscu w całym kraju. A nie jest to ani azjatycka wyspa, ani afrykańskie wybrzeże, tylko całkiem nieegzotyczna, nieszalona i całkiem niewspaniała Holandia! Na kilka tygodni do pracy tutaj przyjechałem, gdyż postanowiłem zatkać dziurę w kieszeni i nazbierać trochę monety, wszak pieniądz nie śmierdzi jak tutejsze kanały po brzegi wypełnione chemikaliami. Tak też w okolicach fortu Amsterdam na chwilę przycupnąłem i korzystam ile tylko mogę ze spokoju domowego zacisza, wszelkich wygód i znośnej, znojnej i gnojnej pracy nie dla mnie. W międzyczasie wykonuję PLAN, który po kilku mocnych turbulencjach na samym początku jego realizacji, krok po kroku urzeczywistniam. Mam w sobie coraz więcej narzędzi niezbędnych do zbudowania zamierzonych celów.

Jaki PLAN ma pasikoń, tego najstarsze chrząszcze nie wiedzą, zdradzić mogę jedynie, że istotę planu stanowicie WY, moi drodzy:)