czwartek, 15 października 2009

Spod równika pod koło podbiegunowe

Liscie zolkna, snieg sypie, Slonce grzeje niemilosiernie, dziki bez kwitnie - wszystko zalezy od punktu, w ktorym sie lezy na lezaku. Jednak obrazy przewijaja sie jak na tasmie filmowej, kiedy sie siedzi w laziku. Lazik to taki instrument, ktory gra na wietrze.



Za przerwe w dostarczaniu informacji bardzo przepraszam Wszystkich... Zarowno tych w pociagach, tych na lezakach i tych stojacych pod prysznicem. Nie pisalem, poniewaz nie pisalem. Bez specjalnego usprawiedliwiania sie. Czasem nie mialem ochoty, a czasem zgubilem dlugopis. Wiadomo - jesli niewiadomo, o co chodzi, to chodzi o kobiete...

Ale na spokojnie. Jak to wszystko ogarnac? By nie zrobil sie bigos...?

Zalozylem plecak na plecy i ruszylem. To bylo w La Paz, jakos poczatek sierpnnia. Dokladnie nie wiedzialem, zylem bez konkretnej daty. Zreszta Leschua tez. Tak sie zdarzylo, ze pierwsze kilka tysiecy kilometrow przebylem z moim duchowym bratem Leschua. Tak sie zdarzylo, ze "przypadkowo" takze spieszyl na polnoc kontynentu. Oboje nie mielismy czasu i bylismy na ostatnim groszu.

"Google map" twierdzi, ze nie mozna wytyczyc trasy miedzy La Paz w Boliwi, a Quito w Ekwadorze. Zgadza sie. Tego nie mozna wytyczyc. Wiele-dziesiat godzin spedzonych w srodkach transportu, przedzierajac sie wzdloz rozgalezionego kregoslupa ogromnych Andow, inspiruje. Kto by liczyl kilometry, monety czy godziny. Oszalamiajacych chwil bylo duzo, nawet o ciupke za duzo. Mieszkalismy z Szamanem na wyspie Slonca, na jeziorze Titicaca;

pilismy wodke z mafia narkotykowa w stolicy Peru; bez zadrasniecia nozem i bez pieniedzy wyszlismy z pulapki zastawionej przez rabusiow przygranicznych miedzy Peru, a Ekwadorem, a najgoretsze i uwazane za najpiekniejsze w calej Ameryce Poludniowej kobiety z miasta Guayaquil, przyjely nas wybornie. W kazdym razie na lotnisku w Quito stawilem sie o moment wczesniej niz punktualnie. Leschua brnal dalej, do Kolumbi. Potem te 11 tysiecy kilometrow do Madrytu w towarzystwie nietowarzyskiego, nieprzyjemnego, obsmarkanego chyba-hiszpana. Na szczescie tylko 13 godzin lotu...

Wyladowalem w Madrycie przy zachodzie tamtejszego Slonca. Mialem przy sobie 6 euro, dwudziesto-kilogramowy plecak i rozpieprzonego sandala. Bylo tak goraco, ze mysli parowaly i mozna bylo je zobaczyc. Sandala zwiazalem sznurkiem, ktory wrzynal sie w skore. Wtedy ruszylem piechota w poszukiwaniu stacji benzynowej na wylotowce w kierunku Barcelony. Trwalo to wiele godzin, kiedy dotarlem w odpowiednie miejsce, zeby zlapac stopa. Na tej stacji spotkalem Vadima z Sankt Petersburga, ktory tez prawie bez pieniedzy jechal na polnoc. Kawalek trasy jechalismy razem. W poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, przeszlismy w nocy okolo 7 km brzegiem kastyjskiej autostrady i rozmawialismy w siedmiu roznych kolorach. "To jest juz tylko nasze" - powiedzial. W okolicach Pirenejow spotkalem Pana Lonia, samotnego wilka, ktory wzial mnie na poklad swojej ciezarowki i dwa dni jechalismy przez Francje do wschodnich Niemiec. Ugoscil mnie fantastycznie w swoim domu na kolkach. Miedzy nami nie bylo nawet 5 minut milczenia.

Generalnie z Madrytu do Wroclawia przefrunalem autostopem dokladnie w 72 godziny. Nawet nie zdazylem wydac do konca swoich 6 euro. We Wroclawiu dostalem takiego szoku kulturowego, ze zamknalem sie na Wszystko. Polska objawila mi sie jako dziura w dupie Ziemi. Nikt o tym nic nie wie, wiec ja tez nie bede nic o tym mowic.
Moge wytyczyc jedynie trase - z wroclawia pojechalem do Jarocina, do rodzicow, po kilkudzieszieciu godzinach znalazlem sie w Powidzu, nad jeziorem, gdzie wakacjowała moja siostra z rodzinka.

Zakopalem Marcela, nadzwyczaj aktywne dziecko,



i wyruszylem do Swiecia na Pomorzu, gdzie zamieszkuje moja druga siostra z rodzinka.
Potem chwila w Jarocinie, skad pojechalem do Wroclawia i pozniej na koncert raggae do Bielawy, akurat odbywal sie w poblizu. W koncu, po kilku intensywnych dniach w Polsce, gdzie oczywiscie obalilem halba ze szwagrem Slazakiem, kontunuowalem swoja podroz na polnoc.

Kto nie wie, co znaczy obalic halba, zapraszam tutaj:


Kierowanie Kolumbryna przypomina sterowanie latawcem. Niewiele od Ciebie zalezy. Po trzech mechanikach (ktorzy zgodnie twierdzili, ze najlepiej jest pozbyc sie tego auta) i wymianie wiekszosci czesci Kolumbryna ruszyla z Pablem i ze mna na polnoc. Usterka, bo tak tez ja pieszczotliwie nazywalismy, zaliczala prawie kazdy parking. Stukalo, pukalo, buczalo, cieklo i smierdzialo.

Silnik gasl przy wysokich predkosciach przynajmniej raz na 5 minut. Instalacja gazowa raz dzialala, raz nie, dziurawy bak z benzyna, stan amortyzatorow gorzej niz fatalny, zwarcie w ukladzie elektrycznym bez przerwy, radio gralo albo nie gralo i wiecznie odpadala klamka.

Do Oslo mielismy okolo 1600km. Wychodzilismy z zalozenia, ze bezpieczniej jest nie zapinac pasow, zeby w razie czego szybko uciec, a w szczytowych momentach jezdzilismy z gasnica przy nodze. Kochalismy Usterke i nienawidzilismy jej.
Mielismy szczescie, ze nie zatrzymano nas na niemieckiej autostradzie. Z pewnoscia Kolumbryna pojechalaby wtedy laweta w swoja ostatnia podroz.
Dobrnelismy do Dani. Witaj Skandynawio! Prawidlowo wieje i leje. Na zawsze zapamietamy z Pablem ostatnie 100km do Kopenhagi. Urwanie chmury, wycieraczki nie zbieraly wody, reflektory Usterki ledwo sie palily, autostrada ciemna, nie bylo widac pasow, nic nie bylo widac, tylko slychac trabiace na nas auta...

W Kopenhadze swiat zwariowal! Moje zycie odmienilo sie na zawsze. Ale to historia dla wybranych:)
Spedzilismy tam kilka dni. Legendarna Christiania, ostatnio upadle wolne miasto hipisow urzeklo mnie swoja rzeczywstoscia. Nakrecilem tez dokument o pewnym artystycznym squocie, w ktorym mielismy okazje pomieszkac przez kilka dni.
Z montazem czekam na wolna chwile.
Nastepnie ogromnym, imponujacym mostem przedarlismy sie do Szwecji, a pozniej ladem do Norwegii. Z Kolumbryny o dziwo nic po drodze nie odpadlo. Do Drammen przybylismy w niedziele poznym wieczorem, a nastepnego dnia rano poszlismy do pracy.

Przez kolejne 3 tygodnie uczciwie pracowalem z Pablem na czarno. Mieszkalismy w namiocie, a robilo sie coraz zimniej. Trzeba bylo uciekac sie do sprawdzonych traperskich sposobow. Grzalismy wrzatek, ktory pozniej wlewalismy do plastikowych butelek i instalowalismy je w spiworach.
Kraj Wikingow rozczarowal mmnie maksymalnie, to najsmutniejsze miejsce w jakim kiedykolwiek bylem, a takie piekne! Moglbym caly esej z siebie wylac na ten temat, ale to byloby samobojstwo.
Szybko wiec przefrunalem nad Polska (kolejny bilet w jedna strone) i wyladowalem w Pradze, a geba moja nie przestawala sie cieszyc. Republika Czeska jest wesola, o tak. Szczegolnie na Morawach, gdzie w malym, sympatycznym miescie studentow zamieszkalem w akademiku. Nie trwalo to jednak dlugo, bowiem przyjechal Pan Docent i zabral mnie do Polski. W Kotlinie Klodzkiej lezal snieg...
Wiec pojechalem nad polskie morze odwiedzic pewnego nietuzinkowego aptekarza, a w tej chwili jestem w drodze z powrotem na poludnie, do Czeskiej Republiki, gdzie zamierzam odsapnac nieco dluzej:)
W ciagu ostatnich miesiecy nakrecilem tyle materialu, ze powstanie z tego kilka filmow. Jedna bajka juz jest prawie gotowa. Inne filmy sa w trakcie montazu, jednak potrzebuje czasu i spokoju, by zedytowac material. Na wszystko przyjdzie odpowiedni Czas.
Jak na razie daje wam krotki zapis mojej okolo-dwu-tygodniowej podrozy z Boliwi do Ekwadoru...


...i z Hiszpani do Norwegii:)

czwartek, 10 września 2009

Poczekajcie!

Jeszcze troche, jeszcze troszke poczekajcie, prosze!
Przez 5 tygodni bylem w drodze... Jechalem, jechalem i jechalem i w koncu dojechalem! Juz niebawem ukaza sie dalsze filmy i przygody, ale potrzebuje czasu i komputera... Cos wymysle, dajcie mi jeszcze... no, do 2 tygodni max.

Wiatrow i Slonca!

sobota, 15 sierpnia 2009

Pozegnanie z Bolivia.....

(To, co chce powiedziec, nie przechodzi przez gardlo... ale moze przez internet przejdzie:)

Ponad 3 miesiace temu przekroczylem granice z Bolivia. Wiedzialem o tym kraju mniej wiecej tyle, co wiekszosc z was, czyli prawie nic. Ze jest to najbiedniejszy kraj Ameryki Poludniowej, podobno niebezpieczny. Ze kiedys kwitla tu wspaniala kultura Inkow, ale przybyli Hiszpanie i ja podbili. I ze teraz mozna zwiedzac ruiny zniszczonych miast i swiatyn.
Nie wiedzialem, ze olivia jest zaczarowana, a tutejsi bogowie tak silni, ze odkroja pewna czesc mojego serca i zakopia na zawsze tu/tam w gorach.... Na zawsze.
Przemiezajac Brazylie autostopem, mielismy z Elefelka mnostwo mozliwosci. Glownie prowadzil nas Przypadek. Moglismy wyladowac w Paragwaju, Argentynie, Urugwaju, a nawet w Peru. Podejmowalismy mnostwo decyzji, duzych i malych, spontanicznych i przemyslanych. Los nas zaprowdzil do Bolivii. W tym kraju wszystko zaczelo sie ukladac jak w bajce. Spotykalem odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie i miejscu. Kazdy pojedynczy dzien przynosil to cos Nieoczekiwanego, na co bylem w pewien sposob gotowy. Niemal minuta po minucie wszystkie wydarzenia, eksplozje emocji, obrazy, detale, spojrzenia, rozmowy - po prostu plynely. Jak mala zaglowka doskonale znajaca droge do swojego portu. Z tym, ze ja nie znam swojego portu...



Bolivia to niesamowity kraj. Wielkoscia zblizony do terytoriow Francji i Hiszpani razem wzietych. Zyje tu tylko 9 milionow ludzi, w tym 36 grup etnicznych Indian. Jest to jedyny kraj na swiecie, gdzie rdzenni Indianie stanowia wiekszosc spoleczenstwa, dokladnie 63%. Od 3 lat krajem rzadzi kontrowersyjny Evo Morales, pierwszy w Ameryce Poludniowej od wielu stuleci prezydent - Indianin. Poprzedni prezydent, ktory nawet nie potrafil dobrze mowic po hiszpansku, uciekl z kraju. Wczesniej jednak zdazyl obrabowac bank centralny i odlecial helikopterem do Peru. Po dzis dzien zyje za pieniadze obywateli Bolivii, mieszka w palacu gdzies w USA, gdzie dostal azyl polityczny.
Morales prowadzi zdecydowana anty-amerykanska polityke, a ideologicznie zblizony jest do Chaveza i Raula Castro. Od czasow jego rzadow, w Bolivii powstala nowa era. Morales stworzyl nowy projekt konstytucji, przez niektorych nazywana "najbardziej postepowa na swiecie", uwzgledniajaca wartosci Aymara i Quechua. Evo dal wiecej miejsc w parlamencie rdzennym Indianom, a takze wzmocnil ich prawa. Wykorzystuje w medycynie potezna wiedze lecznicza Szamanow. Rozbil wielkie gospodarstwa i rozdzielil ziemie pomiedzy ludzi. Mozna powiedziec, ze zabiera bogatym i rozdaje biednym. Przez co zachodnia, bogatsza czasc kraju, w ktorej mieszkaja boliwijczycy mieszanej krwi, nastawiona jest przeciwko prazydentowi i Indianom. Powstaly napiecia doprowadzajace do protestow i strajkow, ktorych niejednokrotnie bylem swiadkiem.
To tylko kilka informacji, ktore tylko musnalem klawiatura. W ciagu 3 miesiecy uslyszalem tysiace historii i opowiadan. Widzialem niejedno . Bolivia walczy. O swoje prawa, o godne zycie, o Wolnosc. Bowiem Wolnosc w Ameryce Poludniowej to najwyzsza i najwazniejsza wartosc.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Po brzegi wypelniony Pustkowiem

Pustynia... miejsce pelne emocji, wiatru, Slonca i ciszy. Ziemia sucha jak pieprz, niewiele roslin, niewiele zwierzat, posrodku tego wioska Uyuni, lipiec 2009 roku. Zima. Gory dookola milcza.
W centrum miasteczka kilka sklepow, barow dla lokalnych i dla gringo, kilka golych drzew bez lisci, troche asfaltu na drodze i zegar na wiezy, wskazujacy godzine piata. Byc moze od 28 lat. Przejezdzaja trzydziesto-kilku letnie rozklekotane ciazarowki i jeepy. Slonce prazy, ze usta wysychaja. Zimno jest. W dzien jeszcze przyzwoicie chlodno, ale noce sa juz mrozne. Uyuni - 3675 m.n.p.m.

W hostelu nieogrzewane pokoje (normalka - nie ma zadnego systemu grzewczego), za to kazde lozko wyposazone jest w potezne koce z lamy albo alpaki, a czasem nawet w zaslony okienne. Jesli jest prad, ciepla woda poleci tylko rano, po mroznej nocy. [Na szczescie Polak potrafi, kiedy chce sie wykapac, odnalezc odpowiedni przycisk, by wlaczyc bojler.] Czasem woda jest tylko letnia, wtedy trzeba przykrecic kurek do momentu, kiedy zarowka zacznie gasnac. Czasem pomaga tez splukanie wody w kibelku.
Zdecydowana wiekszosc mieszkancow Uyuni to Indianie Quechua. Zdecydowana wiekszosc z nich skrywa jakas tajemnice.
We wtorki albo w czwartki (nigdy nie bylem dobry w dniach tygodnia) ulice wypelniaja kolorowe jarmarki, targi drobiazgow, wirujace zapachy, krotkie spojrzenia, psy tanczace w smieciach, krzyki sprzedawcow zagluszajace spiew umarlego Michaela Jacksona. Pustynia dookola milczy.
Posrod Indian spaceruja gringo, codziennie inni. Bowiem Uyuni to baza wypadowa na Solar de Uyuni (patrz film: "porzuceni") najwieksza na swiecie pustynie solna polozona na wysokosci 3653 metrow i zajmujaca powierzchnie okolo 12 tys. km". Dookola niej jeszcze piekniej! Aktywne wulkany, dymiace gajzery, kaktusowe wyspy, skalne miasteczka, blekitno-zielone laguny i stada tysiecy flamingow. Tak wiec gringo nie zatrzymuja sie w Uyuni, tylko wykupuja wycieczki i ruszaja w marsjanskie krajobrazy. "Uyuni to dziura, nie warto zostawac nawet na noc" - czytam na forum dla podroznikow. Zostalem na 16 dni.
Przerwy w dostawach pradu, burza piaskowa, cmentarzysko lokomotyw... Jestem obrzydliwe szczesliwy posrod entuzjastycznie milczacych Indian, skrywajacych swoje tajemnice. Mam swoje powody, by byc szczesliwym, a oni maja swoje powody, by milczec entuzjazmem.
To zapomniane miasteczko na skraju cywilizacji, polozone na surowej, nieprzyjaznej czlowiekowi ziemi, natchnelo mnie do napisania scenariusza. Krotki poemat o niebezpieczenstwie, jakie niesie ze soba utrata marzen. Przez kilka dni razem ze znajomymi nakrecilismy kilkadziesiat scen, mniej wiecej polowe filmu. Potem przyszla burza piaskowa i zdmuchnela zakonczenie...
Taaak... Tego dnia nie zapomne nigdy.
Burza piaskowa pozamiatala...
Zdmuchnela niejedna pajeczyne.

piątek, 31 lipca 2009

Tego jeszcze nie bylo!!!

Przygoda goni Przygode, a Powietrze takie rzeskie na Pustyni...


(polecam ogladac na pelnym ekranie:)

niedziela, 26 lipca 2009

Nie zakpily z nas latawce...

To byla piekna droga.... i widoki nieziemskie na swiat...! Matka Ziemia dala czadu w tym miejscu i to poteznie! Pustynia jak sie patrzy. Ogromne kaniony, formy skalne, kaktusy, strumyczki, lamy i w koncu z daleka od ludzi! Przez pierwsze cztery godziny chlonelismy widoki i droge, ale Slonce nie zatrzymalo swojej codziennej wedrowki i skrylo sie za horyzontem, pozostawiajac po sobie rozowo-czerwone odpryski chmur...




Kiedy tylko Slonce zasypia, temperatura spada drastycznie, szczegolnie na wysokosciach 3500-4000 metrow. My jechalismy dalej. Zawinelismy sie wiec w spiwory, koce i wszystko to, co moglo nam przyniesc troche ciepla. Przytulilismy sie z Szymonem do siebie w kacie naczepy i w milczeniu podziwialismy wschod prawie pelnego Ksiezyca..... Ach! Duchowa rozkosz!!! Spelniaja sie marzenia wypowiadane jeszcze 2 tygodnie wczesniej - "byle by pelnie Ksiezyca przezyc na pustyni..."

Do Uyuni dojechalismy maksymalnie okurzeni piachem i tak zmarznieci, ze dopiero po czwartej herbacie z rumem poczulem palce u stop.

Ale Szczescie wysypywalo sie kazda dziurka:)

Nie przestaje sie dziac!

Hostelowe przeboje, tak tak, to nie przelewki! Tak naprawde to zdarza sie znacznie wiecej, niz moja kamera jest w stanie klatek na sekunde zarejestrowac! A jak juz sie uda to nie wszystko tez mozna pokazac, ba! Nawet opowiedziec nie mozna, a przy niektorych akcjach to i nawet trzeba dziob na klodke trzymac zamkniety, bo biada!!!! Matki, zony, dzieci i kochanki nerwowo myszke w dloniach sciskaja, ba!



Edytowanie filmow, dopasowywanie odpowiednich formatow, ladowanie baterii laptopa i kamery, zgrywanie plikow z karty, wypalanie dziesiatek gigabajtow na DvD, w koncu zaladowanie filmow na bloga na tym mega-szybkim internecie... nie jest to latwe w podrozy, zabiera sporo czasu i energii. Na szczescie jednego i drugiego mam sporo:)

niedziela, 19 lipca 2009

Tam, gdzie konczy sie wladza Chrystusa

Potosi - smutne miasteczko, polozone u stop gory Cierro Rico bogatej w srebro i inne mineraly. Znajduja sie tu kopalnie, ktore pochlonely juz ponad 8 milionow gorniczych istnien.... Miejsce pelne ciezkiej energii i frustrujacego smutku... Nie bede opowiadal tego samego co moj tymczasowy towarzysz podrozy. Mysle, ze on zrobil to rewelacyjnie. Po raz kolejny zapraszam wiec na bloga Szymona http://www.mywayaround.com/ , gdzie ow opisal nasza przygode na Cierro Rico. Ja zmontuje o tym smutny film w przyszlosci, jak na razie zapraszam na krotki trajler:

video

poniedziałek, 6 lipca 2009



Sucre - stare i piekne miasto. Jak dla mnie za duzo zgielku i brudu. Czlowiek na czlowieku, zatloczone ulice, gdzie nie sposob isc jednym, jednostajnym tempem. Samochody trabia, ludzie krzycza, wszystko na wszystkim bez skladu i ladu, europejska logika nie daje sobie z tym rady.
















Piekne budynki, kompletny brak higieny, brudne talerze i ubikacje, usmiechnieci ludzie, jakies krwiste flaki lezace na ulicach, przysmaki wyglodnialych psow, krazacych wokol wesolo bawiacych sie dzieci. Piekne, sexowne studentki poruszajace sie w odpowiednich klubach i szamani cicho siedzacy na lawkach, ktorych spojrzenie moze kosztowac wiele...



To zupelnie inny swiat, trzeba sie mocno otworzyc, by go wchlonac.



A my spotkalismy sie tam przypadkiem...


Trojka Polakow, kazdy jeden na swoim Szlaku...

SZYMON - uczen Stachury, stojacy na tle perfekcyjnie wykonanych zdjec z bieszczadzkich zielonych pagorkow. Byly, swietnie sie zapowiadajacy pracownik ogromnej korporacji, ktora opuscil, bu poszukujac siebie w dalekich kulturach, zrozumiec smutek mieszkajacy w jego duszy.
Jegomosc, z ktorym dzielenie radosci i przykrosci zycia jest przyjemnoscia.



FILIP - agent, jakiego dotychczas jeszcze nie spotkalem. Znakomicie radzi sobie w rzeczywistosci, realizuje swoje cele, by osiagnac szczescie kazdego dnia i naprawde mu sie to udaje. Bardzo pomyslowy, przezabawny hedonista. Choc jestesmy zupelnie rozni, to w wielu miejscach zgadzamy sie doskonale i nawzajem nauczylismy sie od siebie wiele.



W tym miescie, tego specyficznego czasu, zaczelismy krecic film. O czym? Trudno powiedziec, ale czuje, ze to bedzie Cos. Poczekajcie na trajler, ktory byc moze niedlugo ukaze sie na naszych blogach. Jak na razie kilka fotek...



Dla mnie Sucre nie jest juz zwyklym miastem gdzies na Szlaku. Mysle, ze dotyczy to wszystkich, ktorzy w tym czasie zamieszkali w tym miescie. Na arenie ostatniego miesiaca powstala cala siatka wspol-relacji miedzy bardzo ciekawymi osobowosciami. Powiazaly nas szczegolne emocje, zwariowane sytuacje, dramaty zoladkowo-grypowe, zabawy do rana i dyskusje do nocy.

W grupie okolo dziesieciu niezaleznych od siebie osob przezylismy wspolnie szalenstwo poznania siebie nawzajem z wielorakich stron... Ach, te blyszczace oczy, smiech wszechrozlegly, puls przyspieszony, cale epopeje miedzy wypowiadanymi wierszami, smutek, bol, rozczarowanie, feromony, adrenalina i radosc tak prostego a tak magicznego istnienia... Potem bylo jeszcze apogeum tego wszystkiego - nie do wyjasnienia.



Nie bede opowiadal o tym, jak w miedzyczasie przezylem pieklo zatrucia pokarmowego, kiedy w wysokiej goraczce dzien mieszal sie z noca, skurcze zoladka doprowadzaly do histerii, a przezimny pokoj hostelowy rozmywal sie z rzeczywistoscia...
To wszystko dzialo sie na tle goracych wydarzen politycznych, tudziez odwrotnie. Opozycjonisci walcza przeciwko rzadom Evo Morales (bardzo ciekawa, kontrowersyjna postac!), indianie protestuja, napiecie rosnie, to historyczne momenty Boliwii, cos Wielkiego czai sie za rogiem. Niestety moj hiszpanski nie pozwala konkretnie rozeznac sie w sytuacji, a polskie niezalezne media nie wnikaja w szczegoly (tak wazne przeciez dla tych wszystkich, ktorych spotykam kazdego dnia, rozmawiam, mijam na ulicy...)
Ponadto odnotowywuje sie coraz wiecej przypadkow swinskiej grypy. Dookola coraz wiecej ludzi ubiera biale maski, szczegolnie w miejscach turystycznych. To przeciez bialy gringo rozwozi wirusa...


Nikt z nas nie zapomni tak szybko tego miasta.........

wtorek, 30 czerwca 2009

Czasami mi sie zdarza...



Jestesmy w malej wiosce indian Terabuco, gdzie co niedziele kolorowy market zapiera dech nie tylko w indianskich piersiach...