Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca w drodze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca w drodze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 lutego 2015

Co Pasikoń robi dziś?

Zapraszam Państwa do mojej rzeczywistości...


Od miesięcy kilku jestem w Polsce i niestrudzenie tkwię z nosem w ekranie, montując i edytując film. Okazuje się, że to wcale nie jest takie proste...
Do tego dochodzą różne utrudnienia, głównie w postaci braku funduszy i spokojnego miejsca zamieszkania. Naprawdę trudno już zliczyć miasta, miasteczka, wioski, mieszkania, domki, piwnice, pokoje, a nawet korytarze, w których przyszło mi pracować nad filmem. Najwięcej jednak czasu spędziłem u rodziców, których pomoc okazała się niezastąpiona!

 Tym razem u Kuleczki za biurkiem.

Nad filmem pracuję niemalże dzień w dzień od miesięcy wielu, z krótkimi okresami odpoczynku lub takimi, gdzie fizycznie nie mam możliwości pochylić się nad ekranem. Nie wspominam już o pleckach i oczkach, które chyba najbardziej domagają się już końca.

Następne trudności, które mocno spowalniają edycję, to kłopoty sprzętowe. A raczej prędkościowe. Mój laptop, mimo podeszłego wieku emerytalnego, naprawdę ogarnia wszystko, jednakże potrzebuje o wiele więcej czasu do namysłu, aniżeli młodzieniaszki.
Ostatnio we Wrocławiu udało mi się pożyczyć od mistrza Morissa wręcz doskonały sprzęt do montażu i w ciągu 5 dni zrobiłem tyle, ile „normalnie” zrobiłbym w miesiąc!



Żeby nie było też, że narzekam, to zarzekam się, że nie narzekam, jedynie tłumaczę, dlaczego tak długo trwa to wszystko, a i jeszcze czas w ogóle przyspieszył, na co nie mam wpływu. Ziemia się szybciej kręci, aż mi się kręci w głowie. Ale to innym razem Państwu wytłumaczę, o Czasie będziemy jeszcze rozmawiać, wszak „Inlakesh” to projekt Czasowi poświęcony!


Jestem już na szczęście na finiszu edycji i właściwie została mi do ogarnięcia „jedynie” postprodukcja. Mam gdzie mieszkać przez następny tydzień, więc w ogóle jest już super!
Następnie czeka mnie tylko organizacja premiery i trasy, patronatów medialnych, plakatu, wydanie płyt DVD i wszędobylska promocja. Będzie się działo, a tymczasem wciąż błagam o cierpliwość, za którą pięknie dziękuję!

sobota, 31 stycznia 2015

Opowieści o zwariowanym Meksyku - MAMONA czyli za ile? Jak i dlaczego?


Odcinek 3. MAMONA, czyli za ile? Jak i dlaczego?

Wszystkie oficjalne statystyki pokazują, że Polska to kraj bogatszy niż Meksyk. Jakby tak okiem sięgnąć źródła sprawy, trzeba by się rozeznać, na czym opierają się owe statystyki. Kraj krajowi nierówny, a banknot banknotowi. Oczami pasikonika zwróconymi na obrót monetarny Meksyku zapraszam na odcinek trzeci - MAMONA, czyli za ile? Jak i dlaczego?



Polska czy Meksyk - który kraj jest bogatszy tak naprawdę?

Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż się wydaje. Nie, nie łamię sobie zębów trzeci dzień, by rozgryźć ten orzech, który kraj jest bogatszy. Obydwa kraje charakteryzuje to samo, co resztę krajów na planecie Ziemia - biednych jest zawsze więcej niż bogatych. Jedno jest pewne - bogacze w Meksyku są bardziej bogaci niż bogacze w Polsce, a ubodzy Meksykanie są biedniejsi niż biedni Polacy. A jako że jeden kraj jest zdecydowanie większy i bardziej zaludniony niż drugi, tak też statystycznie Polska jest krajem bogatszym niż Meksyk, który statystycznie jest biedniejszy, choć wydaje się bogatszy. I jeszcze jedno jest pewne - zdecydowana większość i bogatych i biednych Polaków na co dzień narzeka i skupia się na tym, co by chciało mieć, a większość i bogatych i biednych Meksykanów na co dzień cieszy się życiem i skupia się na tym, co już ma. Pod tym względem Meksyk oczami pasikonika naprawdę jest bogatszy:)


Gdzie wydają pieniądze Meksykanie?

W Meksyku miałem do czynienia z ludźmi stojącymi na różnych szczeblach drabiny społecznej. Drabina ta jest długa.
* Miałem okazję zaprzyjaźnić się z przerażająco (!) bogatymi osobami, rozbijać się najnowszymi autami, jeść w najdroższych restauracjach i spać w pięciogwiazdkowych hotelach.
* Przebywałem w światku artystycznym, w apartamentach urządzonych tak kosmicznie, że do dziś kręci mi się w głowie!
* Byłem goszczony przez rdzennych Indian w ich wioskach, dla przykładu 3 dni jedząc tylko fasolę i śpiąc na dziurawej podłodze.
* Spędziłem wiele, wiele dni (łącznie) w kabinach ciężarówek, poznając przy długich rozmowach życie zawodowych kierowców.
* odwiedzałem komuny zapatystów - rewolucjonistów, którzy zbrojnym powstaniem wywalczyli sobie autonomię i do dziś z karabinami strzegą swych ziem.
* Jednak najwięcej czasu spędziłem wśród "zwykłych" rodzin, w przeciętnych miasteczkach, w normalnych mieszkaniach, wielokrotnie będąc zapraszanym do ogniska domowego.
I na tych ostatnich właśnie, jako że jest ich najwięcej w całym Meksyku, skupię swoją uwagę.

(Fot. Kuzyn)
Polacy wydają znaczną część swoich dochodów wkładają do swoich domostw. Wystarczy się rozejrzeć, co chwilę ktoś remontuje mieszkanie, kupuje się nowe dywany, stoliczki, lampki, kwiaty, obrazy, figurki... Nasze mieszkania upiększa się w nieskończoność (mam na myśli klasę średnią). Meksykanie jak zauważyłem nie wykazują takich tendencji. Mało tego. Często ich domy wyglądają jakby były niedokończone - ściany są tylko otynkowane, szare, podłogi surowe, zamiast lampy wisi łysa żarówka, brakuje ozdób, a wnętrze wypełniają tylko przedmioty używane, praktyczne. Tak jest w wielu domach, choć w Meksyku jest więcej domów niż wiele.



Trzeba jednak zaznaczyć, że w prawie każdym domu znajduje się ołtarzyk z Dziewicą Guadelupe na czele. Czasem ołtarz zajmuje cały pokój, czasem całą ścianę.

Na początku swej przygody w tym kraju myślałem, że to z braku pieniędzy ich domy wyglądają tak, jakby były niedokończone. Jednak prawda leży gdzie indziej. Meksykanie wolą po prostu wydawać pieniądze na co innego. A na co? Na dobrą zabawę! Dlatego raz lub dwa razy w tygodniu przeciętna meksykańska rodzina (można liczyć na przykład 8 osób) idzie na obiad do restauracji i przez 3 godziny jedzą i piją do woli! A Meksykanie potrafią jeść, oj potrafią. Co drugi weekend wybierają się autem do rodziny albo na plażę, nawet jeśli to jest 5 godzin drogi w jedną stronę. Na plaży oczywiście cały dzień jedzą i piją, nocują w hotelu, a dzień później wracają zadowoleni i zrelaksowani do swych "ubogich" domów.
Trzeba też dodać, iż  auto musi być pierwsza klasa. Najlepiej jeep pickup, potężny (na dużą rodzinę), o dużych kołach (topki) i klimatyzacją (upały).
Na moje oko to wygląda w ten sposób.
Dla Meksykanina najważniejsza jest rodzina, Bóg, radość z życia i dobra zabawa. Dlatego nawet w tych surowych domach jest rodzinnie i przytulnie, ponieważ atmosferę wytwarzają gorące więzi rodzinne.



Bądź co bądź Meksykanie uwielbiają wydawać pieniądze w restauracjach i barach. I uwielbiają się dzielić, kupować jedzenie i picie podróżnikom. Nie turystom, podróżnikom. 75% przypadków autostopu zawierała w sobie nie tylko podwózkę, ale często i prezenty w postaci obiadu, przekąski, piwa, słodyczy, wody, często noclegu, i co tam kto miał co do zaoferowania. Meksykanie to jeden z najbardziej gościnnych krajów, jakie poznałem:)


ILE CO KOSZTUJE?

Najlepszym porównaniem dotyczącym kosztów życia jest porównanie tego, ile i co można kupić za godzinę pracy. Nie będę wchodził w tak drastyczne szczegóły, ale zdradzę pewne sekrety.
Będąc zatrudnionym na stanowisku na przykład sprzedawcy w sklepie albo recepcjonisty w hotelu typowa dniówka to od 100-150 peso (25-35 zł). Jeśli przydarzyło Ci się być w tym życiu ładną, a do tego młodą dziewczyną, można dodatkowo liczyć na spore napiwki (np kelnerka) i wyciągać do 300 peso dziennie w atrakcyjnym klubie dla turystów. Co można za to kupić?
(By wyliczyć w złotówkach wystarczy dzielić przez cztery).

Chleb - 15- 50 peso
Butelka wody 1,5 l. - 10-12 peso
kiść bananów - 10 peso
kilo fasoli - 20 peso
obiad w dobrej restauracji - 60 peso +
piwo w knajpie (0,33 l.) - 25 peso +
piwo w sklepie (0,33 l.) - 10 peso +
butelka dobrej tequili - 120 peso +
taksówka w obrębie miasta - 25 peso
wejściówka na koncert - 30 peso +
wejściówka na zwiedzanie obiektów archeologicznych - 50 peso + (często o wiele droższe)
CD ulubionej grupy muzycznej - 100 peso +
książka - 100 peso +
bilet na minibus w obrębie miasta - 6 peso
bilet na autobus (800 km) -  350 peso + (w zależności jakie linie)
paczka papierosów - 7 peso + (Marlboro 45 peso)
wynajęcie skromnej chatki na obrzeżach miasta (na miesiąc) - 500 peso +
wynajem pokoju w apartamencie w centrum (na miesiąc) - 1500 peso +
wynajem łózka w wieloosobowym pokoju w hostelu - 60 peso +
mały majonez - 13 peso

(Ceny dotyczą głównie stanu Chiapas)



ZAWYŻONE CENY DLA GRINGO

Jeśli jesteś biały to masz przesrane. Prawie każdego dnia ktoś zawyża Ci ceny w sklepie. Sprzedawca nie wie czy jesteś w Meksyku pierwszy dzień czy drugi rok, więc próbuje szczęścia. Tutaj nie ma zmiłuj - trzeba spokojnie wytłumaczyć, że znasz cenę danego produktu bardzo dobrze i lepiej, żeby nie kłamał, bo pójdziesz do innego sklepu. Jeśli jednak faktycznie jesteś pierwszy dzień w Meksyku (lub gdziekolwiek, gdzie biały jest mniejszością) to należy na początku przejść się po kilku sklepach i popytać o ceny. Nie mniej jednak zazwyczaj sprzedawcy uśmiechają się:)


(Fot. Kuzyn)

Mieszkałem 8 miesięcy na końcu pewnej długiej ulicy. Dzień w dzień mijałem na tej ulicy sklep za sklepem. Sklepy wyglądają nieco inaczej niż w Polsce. To po prostu pomieszczenia w domach, w których trzyma się zazwyczaj artykuły o długich terminach ważności. Krata na wejściu zazwyczaj jest zamknięta, więc trzeba zadzwonić dzwonkiem albo walić monetą w kratę. Jeśli ktoś jest w domu, i jeśli nie ogląda swojego ulubionego serialu, albo nie jest zajęty czym innym, to otworzy Ci drzwi do swojego sklepu.


(Fot. Kuzyn)

Choć moja chatka była cudowna, to okolica nie do końca. Przez 8 miesięcy z 20 sklepów, które mijałem dzień w dzień, tylko 3 dawały mi normalne ceny. Reszta... cóż, nie lubili w tej okolicy białych... Niektóre sklepy (czyt. rodziny - każdy sklep to inna rodzina, ale często spokrewniona z innym sklepem - rodziną) na początku dawały mi zawyżone ceny na pewne produkty, jednak kiedy okazało się, że mieszkam wśród nich już wiele miesięcy, dawali mi "upusty" na inne produkty, których wcześniej w danym sklepie nie kupowałem. Sprowadzało się to do tego, że idąc 20 minut tą ulicą, w jednym sklepie kupowałem świeczki, w drugim bułki, w trzecim zapałki, w czwartym banany, zamiast kupić wszystko w jednym. I tak przez wiele miesięcy...

(Fot. Wiosna)

Inaczej wygląda Meksyk, kiedy podróżuje się z plecakiem na plecach, a inaczej, kiedy mieszka się wśród plebsu. Znam wiele przypadków białych zamieszkujących biedne dzielnice meksykańskie, więc na szczęście z radością mogę powiedzieć, że po prostu trafiłem do trudnej okolicy:)

(Magiczne kanapki)







Jako że razem z Kuzynem zabraliśmy ze sobą bardzo mało pieniędzy, po 2 miesiącach nam się skończyły, więc trzeba było zacząć kombinować. I tak na początku szykowaliśmy kanapki w domu i sprzedawaliśmy je na ulicy. Później szykowałem spaghetti i sprzedawałem na ulicy, następnie wszedłem w biznes z sąsiadami i ja gotowałem falafele, a oni je sprzedawali.



 (Fot. Quenie Very)

Później znów znów robiliśmy kanapki z sąsiadami. Jedna restauracja zainteresowana moimi wyrobami, zaproponowała układ i tak zacząłem gotować dla nich falafela i rybę po grecku. W międzyczasie wykonywałem pewne projekty video, które również przynosiły mi jakiś niewielki dochód, a na sam koniec to już się zupełnie zapożyczyłem:) Meksyk nie jest jakimś super tanim krajem, jednakże koszty życia są o wiele niższe niż w Polsce. Trzeba zaznaczyć, iż odpadają opłaty za ogrzewanie domów (klimat), woda jest darmowa lub bardzo tania (stan Chiapas), opłaty za prąd wynosiły mnie około 15 zł za dwa miesiące, więc również są znikome.


Jeśli ktoś wybiera się do Meksyku z małą ilością gotówki to ma wiele możliwości wolontariatów. Bez problemów można znaleźć hostele, eko-wioski, komuny, organizacje, które za pomoc i pracę zapewniają Ci pożywienie i miejsce do spania. W Meksyku naprawdę można przeżyć za bardzo małe pieniądze, jednak trzeba się wykazać kreatywnością. Dozwolone jest wszystko, wystarczy wymyślić swój patent , zacząć tworzyć (biżuterię, ozdoby, pokazy artystyczne, teatrzyk, itp) wyjść na ulicę i już. Pieniądze i możliwości same Cię odnajdują. Aby żyć miło i przyjemnie, dobrze jest opracować coś, co się naprawdę lubi robić, a wtedy nie zwraca się zbyt dużo uwagi na pieniądze, one płyną, a Ty żyjesz. "Pura La Vida" jak mówią Meksykanie, czyli - prawdziwe życie.

piątek, 1 czerwca 2012

O tym jak Pasikonik został ministrantem w Bułgarii


Ojca Romana pokochałem od razu.


 Po kolejnych dwóch dniach byłem pewien, że nie wahałbym się ani chwili oddać za niego życie.



Bułgaria, grudzień 2011 roku. W deszczowy wieczór w małym, smutnym miasteczku tuż przy granicy z Turcją, pewien sympatyczny biznesmen zaprosił mnie do hotelu na kolację ze swoją żoną i jej dwojgiem przyjaciół. Przyjaciele okazali się być biologami, a także leśnikami  parku narodowego, który roztaczał się dookoła; niewątpliwie to zbliżyło nas do siebie. Potem nastąpiła lawina przyczynowo skutkowa, przewinęło się kilka osób i poznałem Ojca Romana należącego do Zakonu Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa.
Ojciec misjonarz mieszkał sam. Siedzibą misji był piękny, duży, drewniany dom - podarek dla Zmartwychwstańców od bogatego kupca około 120 lat temu. Kosmos zaś wyrzeźbił podarek dla mnie.
Po pierwsze. Nijakość przenikała dogłębnie każde miasto, uczucie i kwiaty, zamieniając każdy myślokształt w subtelne tchnienie smutku.
Po drugie. Ojcu Romanowi "spadłem z nieba". 
Po trzecie. Zarwał się kawałek dachu w Kościele i deszcz lał się do środka.
Po czwarte. Szare, smutne miasteczko cygańskich zakapiorów apatycznie patrzących donikąd.
Po piąte. Było zimno.
Po szóste. W okolicznych lasach straszyły grobowce starych ludów i dziwne drzewa.
Po siódme. Lada dzień miał spaść pierwszy śnieg tej zimy.
Po ósme. Ja miałem doła a wiatr wieszał psy na niegodziwcach. 
Po dziewiąte. Wielkodusznością Ojca Romana wypełnić by można każdy zakątek świata.
Po dziesiąte. Byłem w pospiesznej drodze na południe. Do Słońca. 


Nie mogłem się zdecydować czy zostać. Zmartwychwstaniec zdecydował za mnie:
- Gdzie będziesz jechał jak za rogiem święta?! Tutaj zostaniesz, ja nie będę sam, ugotujesz coś, przecież tam za granicą nie obchodzą świąt! To sami muzułmanie! Śnieg ma padać, a Ty nie daj Boże pod namiotem, i w święta, Matko Jedyna, tutaj zostaniesz, w gabinecie, ja się przeniosę na górę, tam też jest kominek, trzeba by drzewa nanieść, jutro pójdziemy do Kościoła z samego rana, niech tylko w nocy spadnie deszcz, o Matko, co ja zrobię, dach się zarwał! Deszcz się leje do środka, folię rozłożyłem, a może Ty głodny jesteś?


Ojciec Roman był przezabawny. Jego chaotyczny przekaz myśli i mądrości, roztargniona bieganina i rozpalające uczucie ciepła, które wibrowało "pomiędzy", tworzyły całkiem zgrabną całość. Tak, wspaniałego człowieka warto spotkać. Do tego Ojciec cierpiał na głuchotę i co chwila gubił swój aparat. Sensem życia Zmartwychwstańca jest Misja. Miejsce, w którym na straży stoi, od dziesiątek lat nazywane jest Ostatnią Ostoją Chrześcijaństwa w Europie. Ostatnia placówka chrześcijanskiej Europy, tuż, tuż przy granicy z innowiercami. Ojciec Roman od 20 lat w tym małym miasteczku służy ludziom i głosi Dobre Słowo, choć katolicy są tu zdecydowaną mniejszością.
A miasteczko umiera. Z każdym rokiem ubywa mieszkańców, którzy wyprowadzają się lub umierają. Co drugi dom jest pusty, a szpital zamienił się w umieralnię.

Dzieci jest niewiele, na ulicach siedzą bezrobotni Cyganie, w tej chwili około 70% mieszkańców. W zależności od perspektywy może to być życiowa tragedia lub życiowe błogosławieństwo dla Ojca Romana. Bardzo się ucieszył, że nie będzie sam na Święta Bożego Narodzenia. Ja też się cieszyłem. Głównie dlatego, że mogłem mu pomóc, bo ostatnie dni miał urwanie głowy z tym zarwanym dachem Kościoła. Także zostałem niejako gosposią i pracownikiem Misji. Spędziliśmy razem ponad 4 tygodnie, w tym Nowy Rok i Święto Trzech Króli. W międzyczasie Ojciec odprawił trzy msze święte po polsku, których byłem jedynym uczestnikiem. Zżyliśmy się ze sobą.
Symbioza dobrych dusz w niepokornym i zatrważająco zuchwałym czasie przemian.

W najśmielszych wyobrażeniach nie przewidziałbym, że Sylwestra spędzę sam na sam z księdzem, oglądając telewizję Trwam... Nie chciałem mu mówić, że nie jestem katolikiem, sam nie pytał, bo i po co się o o to pytać. To nie było ważne.




Siódmego dnia stycznia 2012 roku ruszyliśmy razem po kolędzie.




Każdy pokój w domu i podwórko święci się wodą święconą i śpiewa pieśń.









Najstarszą Babuszkę Maryjkę odwiedzaliśmy wielokrotnie. Żelaznego zdrowia i wspaniałej serdeczności też dręczył problem z uszami. Nie słyszała za dobrze. Tak jak ojciec Roman, który zapominał swojego aparatu. Ich głucha rozmowa była modlitwą. Dużo radości. Słuchałem. Śpiewaliśmy kolędy, trzymając się za ręce, wszyscy się cieszyliśmy, czasem łzy płynęły, ludzkie wspaniałe chwile.
                                                                                Ona 94, Ojciec 56, ja 29.


Od czasu do czasu zaglądałem na biesiadę do lokalnego Nadleśnictwa, gdzie można było posiedzieć wieczorem w doborowym towarzystwie leśników, chroniących lokalne tereny i pradawne obrządki wciąż kultywowane przez tamtejsze ludy.


O moich przygodach u Ojca Romana dowiecie się wkrótce z innego źródła. Powiem tylko, iż było to  dla mnie doświadczenie bardzo mocne i bardzo ważne.


Dziękuję Ci Ojcze Romanie, Zmartwychstańcu Pański za Miłość, Mądrość i wspaniałą radość Życia!

 

sobota, 12 lutego 2011

Z niejednego pieca chleb je je je

Tak, to prawda. Zostałem piekarzem i codziennie wczesnym rankiem wypiekam ciasteczka, bułeczki i chlebek. Pracownicy z piekarni nie wiedzą kim jestem, dlatego zapewne wydaję im się dziwny... Bardzo rzadko przecież uczestniczę w "zwyczajnym" życiu. Nie przywykłem do przebywania z ludźmi, z którymi nie mam ochoty przebywać, ani do pracy w nadwiślańskim kraju...
Przygniatająca betonowa dżungla, szarość ulic i twarzy, wymęczeni problemami ludzie, hałas, spaliny i zimno - nie sprzyjają pogodzie ducha. W szczególności te smutne Twarze, pełne frustracji, żalu i gniewu. Jakby dane im było w jednej chwili ujrzeć całą podłość świata i nigdy nie umiały tego zapomnieć. Zmartwione twarze jakby myślały tylko o tym, żeby nie wydarzyło się nic gorszego. Wszechobecna małość, wstyd, przygarbienie, oczy wbite w chodniki pełne psich kup. Głowy do góry podnoszą dresiarze w bramach, "ponad Śląskiem tylko niebo". Tydzień temu złamali nos małej blondynce pod sklepem, mojej koleżance z pracy. Ludzie z piekarni są wkurzeni, zrzędzą i biadolą. Będą mieli przecież więcej roboty.

 A jednak Wrocław to jedno z najciekawszych miast Polski. I najcieplejsze. Zasypane koncertami, jest z czego wybierać! Pełno wielorakich warsztatów, kursów, tańców, wygibasów, projektów, wydarzeń, akcji i reakcji! Mnóstwo studentów panoszy się po knajpach, a i imprez dobrych nie brakuje.
Tyle że ani ja, ani Stokrotka, na imprezy nie chodzimy (nastał Czas Odpoczynku od hulanek), na kursy nie uczęszczamy (brak gotówki), Kasia tańczy na Warsztatach Ciszy, a Misiek kończy projekt "Sezonu na lwy". Za drzwiami naszego mieszkania znajdujemy ukojenie... Przede wszystkim odpoczynek od świata i chaosu. Oboje odnajdujemy się teraz w poszukiwaniach Harmonii, wędrujemy do źródeł... Zaleciało banałem, bo i słowa bywają ubogie. Tak, zapadliśmy w towarzyski sen zimowy, by naładować baterie przed Wyprawą w Nieznane. Po 2 zimnych miesiącach w malutkim namiocie w Norwegii i 5 tygodniach spędzonych w małej Mazdzie w Szwajcarii, nareszcie mamy wielki pokój z wielkim łóżkiem we Wrocławiu! Prawdziwym łóżkiem, nie materacem! Mamy piec kaflowy i drewno, kuchenkę na gaz, warzywa, zioła i przyprawy.

 
Mieszkamy z dwoma Hiszpanami w wysoko sufitowej kamienicy, w labiryncie pięknych, starych kamienic, która każdego dnia odsłania nam swoją różnorodność. W sąsiedztwie mieści się piekarnia z tradycyjnie wypiekanym chlebem, bez spulchniaczy i ulepszaczy (nie to, co ja wypiekam), maleńki, pachnący warzywniak z miłą babcią, a i jajeczka ze wsi kupić można, bez żadnych kodów na skorupce, przepyszne naprawdę lubię te jajka.

środa, 21 lipca 2010

O Święta Konopio niczyja!


Dzialo sie to niespelna dwie Ksiezyca pelnie temu. Mieszkancy jedynego wolnego miasta na swiecie - Christiani (w ktorym rowniez zdarzylo mi sie pomieszkac przez ponad tydzien:) urzadzili marihuanowy pochod ze swojego miasta pod Kopenhadzki ratusz - siedzibe wladz miasta.



Hipisi rozdali ludziom ponad 4 tysiace skreconych jointow!
Rowno o 12 w poludnie zaplonely one na oczach burmistrza Kopenhagi:) A potem pol miasta lewitowalo ponad chodnikami i chichralo sie po katach hehe, co to byl za dzien!
Na zdjeciu widac chmure ziola nad tlumem swietujacych:)

Kopenhaga ma to do siebie, ze prawie kazdy dzien moze zaskoczyc niecodziennoscia...


piątek, 9 lipca 2010

Cierpliwosci zostaly rzucone kosci



Dlugo nie pisalem, to prawda. Skoncentrowalem sie na innych rzeczach teraz, odkrywam nieco bardziej zlozone plaszczyzny. Poza tym wciaz jestem w drodze, prawie nieustannie od dwoch miesiecy. Z Kopenhagi pojechalem na festiwal do Rosji przez Litwe i Łotwe, potem wrocilem do Danii, a teraz jestem w drodze miedzy Kopenhaga a Czechami, gdzie odbedzie sie niecodzienny slub moich przyjaciol z Boliwii. Naprawilem swoja kamere takze krece czesto i gesto. Cierpliwi zostana nagrodzeni ciekawymi filmami, jak tylko zloze materialy do przyslowiowej kupy. Wtedy tez napisze dokladniej jakim cudem znalazlem sie na festiwalu muzycznym pod Moskwa, na jaka to wyprawe wybralem sie riksza oraz czy (miedzy)uda mi sie doplynac na Ukraine pontonem?

poniedziałek, 10 maja 2010

"taaak"!

Pasikonik zamilknal, zgasil papierosa, spojrzal Jej gleboko w oczy i powiedzial: "taaak". Potem szczotkowali swoje zeby, a szalona piana ciekla im z ust. Nigdy nie zapomnimy tej chwili.
Taaak, Pasikonik znalazl swoja Stokrotke.


Po dluuugiej zimie w Polandzie, czas nadszedl, by wsadzic swoj tylek do lazika - czyli mojego instrumentu co gra na wietrze. A tu - w Kopenhadze - wieje we wszystkich kierunkach naraz. Tylek musialem nieco posunac, bowiem tuz obok zasiadl teraz tylek Stokrotki, ale mamy w swoim laziku calkiem wygodnie i cieplo.



Kopenhaga to bardzo wyluzowane i bogate miasto. Uslana jest kilometrami sciezek rowerowych, po ktorych smiga sie szybko i wygodnie. Mieszka tu bardzo duzo specyficznych ludzi, otwartych i serdecznych. To w Kopenhadze powstalo wlasnie pierwsze wolne miasto w Europie - Christiania, o ktore dlugo i twardo walczyli anarchisci.


Kopenhaga to pierwszy etap kolejnej podrozy (choc ja ani na chwile nie przestalem podrozowac). W kazdym razie trzeba troche popracowac. Plan z grubsza jest taki: posiedziec w wypchanej pieniedzmi Europie do konca lata, a na jesien ruszyc na poludnie. Myslimy o Afryce, ale nie chcemy na razie nic planowac. Najpierw kasa. Tak tez zasiedlismy na riksze i zasuwamy!




Praca taksowkarza rikszy oferuje wiele przygod. Szczegolnie nocami. Nigdy nie wiadomo na kogo sie trafi i co sie stanie. Pjani Dunczycy i turysci czesto denerwuja i irytuja wykrzykiwaniem swojego JA. A glownie na tym polega nasza praca, ze tych Dunczykow i turystow wozimy z knajpy do knajpy. I nieraz ciezko jest im zrozumiec, ze riksza to tylko rowerek i nie powinno sie po niej skakac w czterech, ani scigac z innymi rikszami.




W weekendy miasto sie bawi na maksa, ludzie pija, tancza i spiewaja. W Ameryce Poludniowej niby robia to samo, ale wyglada to zupelnie inaczej. Tu rzadzi pieniadz i pozycja spoleczna, wyscig trwa nawet przy butelce w sobotni wieczor. Tam liczy sie wolnosc najbardziej, wolnosc i czlowiek, niewazne co robisz i jak sie ubierasz.

Kiedy nie ma klientow, robi sie zimno...
...choc klientom w Kopenhadze goraco.
Pewna odcinajaca sie od Babilonu grupa ludzi realizuje projekt budowy miasta na wodzie zwany "floating city". Plywajace miasto, ktore nie tylko bedzie potrafilo same sie ekologicznie wyzywic, ale i napedzic poprzez super tajną technike produkowania energii. Miasto to ma być samowystarczalne. Jednym slowem ci ludzie buduja tu lodzie i chca odplynac daleko, a rzad daje im na to pieniadze.

Wszytko jest oczywiscie grubymi nicmi szyte, kazdy z mieszkancow "floating city" to zupelny odjazd i kazdy ma zupelnie inna wizje projektu, ale nie to jest tutaj najwazniejsze (plywajace miasto najprawdopodobniej nigdy nie powstanie). Chodzi o to, by uczyc sie budowac, uczyc sie od siebie nawzajem swoich specjalizacji i uczyc sie zyc razem w harmonii. A miejsce mamy do tego znakomite! W ogromnych hangarach stoi mnostwo sprzetu i materialow. Jedni stawiaja przedziwne lodki, inni dylizanse.


Przez pierwsze 2 tygodnie mieszkalismy ze Stokrotka w tej sympatycznej przyczepie w hangarze.
Potem Stokrotka poplynela do Polski, a ja do przyczepy sprowadzil sie ten wesoly Francuz.
Tony i Emilio graja na wszystkim
Tony pojechal dzis do Szwecji, Emilio jutro z rana jedzie do Hiszpani, Rudy w srodku zostaje z nami.
Mieszka tutaj nas okolo 20 osob. Jemy razem sniadania i obiady, dzielimy się obowiazkami i przyjemnosciami, staramy się zyc w harmoni i z grubsza nam to wychodzi. Totalna większość to ludzie zupelnie bezkonfliktowi, radosni i mega sympatyczni. Prawie wszyscy uzdolnieni muzycznie, muzyka rozbrzmiewa wszedzie.


Generalnie w naszym slodkim "domu kultury" (coby nie nazywac tego squotem) mamy wszystko, co niezbedne do wygodnego zycia, mianowicie: sale kinowa z projektorem, pokoj komputerowy, saune, studio muzyczne, studio tatuazu, kreatywny pokoj, lumpex ze wszystkim za darmoche i wiele innych ciekawych rzeczy.

Na razie nie buduje z nimi lodzi, choc projekt mi sie podoba i byc moze sie w to wkrece. Zastanawiam sie nad urzeczywistnieniem w materii mojego lazika...