Minął rok niecały, a może z kawałkiem, od kiedy przywłaszczyłem sobie nowe imię. Nikt w Meksyku nie zawoła na mnie ani Misiek, ani Michał, ani nawet Pasikonik. Tutaj nazywam się MISHA. I coś mnie w kościach swędzi, że imię to przylgnie do mnie na dłużej.
Imię to pojawiło się po raz pierwszy
na moim czole jeszcze w Holandii, kiedy to razem z moim ukochanym
Kuzynem wybraliśmy się wieczorem na wioskę, aby zbratać się z
miejscowymi. Będąc jednak dyskryminowanymi Polakami przez
zdecydowaną większość rasistowskich Holendrów, którzy Polaków
delikatnie mówiąc, nie znoszą, obmyśliliśmy chytry plan
zaprzyjaźnienia się z Wiatrakami, jednocześnie wywodząc ich w
nacjonalistyczne pole. Kuzyn, nazwany Pawłem, stał się Paszą, a
Misiek, zwany pasikonikiem, stał się Miszą. Przedstawiliśmy się
na wiosce jako dwóch Gruzinów - Pasza i Misza - i w okamgnieniu
okrzyknięto nas przyjaciółmi, rozciągnięto dywany i podano
alkohole. Spodobało nam się. Zaczęliśmy używać naszych nowych
rosyjskich imion. Nie chcieliśmy tylko bujać niewinnych, że my
Gruzini, więc kiedy z lądowaliśmy w Meksyku, na powrót staliśmy
się Polakami. Dwóch zwariowanych, mega wesołych Kuzynów –
Polaków – Misza i Pasza, Pasza i Misza, podbijali niewieście
serca, otwierały męskie portfele, doprowadzali do spazmów radości
lokalne dzieciaki, psy merdały się między ogonami w kółko, a
auta zatrzymywały się na zawołanie. W ciągu dwóch miesięcy
„Pasza” ewoluowało na „Pacha”, czyt. „Pacia” (jak Pacha
Mama – czyli Matka Ziemia), a „Misza” zmieniła tylko swe
literki na „Misha”.
Taka to krótka historia o imionach.
Teraz jednak już nie ma Mishy i Pachy
razem, zmiany zaszły, niektóre dziewczyny również zaszły, Pacha
wyemigrował ze swą nową meksykańską miłością za chlebem do
Kanady, a Misha dalej wcina paskudne tanie tortije i praktykuje
recykling w postaci owoców i warzyw na markecie w San Cristobal de
Las Casas.
To już ponad 10 miesięcy odkąd żyję
w tym miasteczku. A na skraju od siedmiu. Moja baza na skraju, zwana
„Chata Misha”, jest ciepłym domem z bujnym ogrodem, a także
bazą wypadową i często wybieram się na wycieczki. Z
rozpoczynającą się porą deszczową w połowie lipca wybraliśmy
się do Gwatemali Proszę Państwa!
Z pewnych wizowych powodów, ale także
w celach filmowo – twórczych i głębszego poznania kultury Majów.
Bowiem w Gwatemali niewiele styczniów i grudniów, za to co drugi to
Maj...
Moim towarzyszem został Isak Szwed,
którego poznałem dwa dni przed wyprawą. Doskonały kompan,
niewiele mówił, a co pomyślał to mu się przytrafiało. Wiele
rozmawialiśmy pierwszego dnia wyprawy, potem też, ale już bez
używania zbędnych słów.
Kierowca uśmiechał się jak gdyby
nigdy nic, wyrzuciliśmy plecaki na chodnik, pożegnaliśmy się i
odjechał. Miasto nie wyglądało przyjemnie. Staliśmy tak przez
dłuższą chwilę na tym chodniku, aż pojawił się koło nas
samochód i jakieś panie zaczęły wysiadać i otwierać drzwi do
bramy naprzeciwko nas. Podeszliśmy pytając o jakiś hotel.
Zaproszono nas. Dostaliśmy swój pokój i kolacje, a rodzina okazała
się bardzo miła.
Pierwsza noc w obcym kraju Ameryki
Łacińskiej – nawet plecaków nie dźwigaliśmy – z chodnika,
gdzie zostały zrzucone z jeepa, przenieśliśmy je prosto do domu
naprzeciwko.
Następnego dnia ruszyliśmy nad Jezioro. Autostop w Gwatemali działa przewyśmienicie, śmiało mogę powiedzieć, że na czterdzieści kilka państw, w których podróżowałem autostopem, Gwatemala jest na pierwszym miejscu. Wszędzie da się złapać na pakę, w środku zatłoczonego miasta też.
Moim głównym celem przybycia, na te
wciąż zamieszkane przez Majów ziemie, było odnalezienie ich
wiosek, a raczej wioski, w której razem z moją kamerą mógłbym
się dowiedzieć więcej na temat przejścia naszej planety w Nową
Erę Wodnika, a także głębiej poznać któryś z kalendarzów
(Majowie mają ich dwadzieścia kilka). Najlepiej byłoby porozmawiać
o tym z jakimś szamanem, a już zupełnym mistrzostwem nakręcenie
którejś z majańskich ceremonii.
Jednak na początek postanowiłem się
zrelaksować dwa dni w San Pedro nad Jeziorem Atitlan leżącym pod
trzema wulkanami, z czego jeden jest aktywny. Dawno temu samo jezioro
było kraterem ogromnego wulkanu, ale czasy się zmieniły.
Dobrnęliśmy do San Pedro następnego dnia, praktycznie nie wydając pieniędzy. Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy na zwiedzanie i odnalezienie najtańszego przyjemnego noclegu. Po wielu, wielu kilometrach i powtarzającej się sentencji „nic tańszego w mieście nie znajdziecie”, szukaliśmy dalej.
I późnym wieczorem przenieśliśmy
plecaki do domu pewnego sympatycznego majańskiego malarza, który
oferował nam pokój z łazienką taniej od najtańszego w mieście
bez łazienki, a do tego w samym centrum tego miasta.
Irańczyka przygarnęliśmy do naszego pokoju.
Pierwszego poranka w San Pedro, po
bujnej, wesołej i upojnej nocy, przetarłem oczy i ruszyłem do
kuchni. Żona malarza, przemiła kobieta o serdecznym sercu, robiła
właśnie tortije. Zapytałem ją, w zasadzie bez większych
oczekiwań na konkretne informacje, o lokalnych Szamanów, Mistrzów
Ceremonii, starszyznę lokalnych plemion, jak i gdzie powinienem się
udać. Ku mojemu totalnemu zaskoczeniu powiedziała mi, że właśnie
teraz, w tych dniach, odbywa się w San Pedro Generalna Konferencja
Starszyzny Majów z całej Gwatemali! I to dosłownie za rogiem, w
hali tutejszego gimnazjum!
Pognałem czym prędzej i... lepiej nie
mogłem trafić. Cała śmietanka Szamanów i przedstawicieli plemion
Majów w jednym miejscu! Konferencja ta odbywa się jedynie raz do
roku i to zawsze w różnych miejscach. Pasikonik był oczywiście
jedynym białym na Zgromadzeniu, jako przedstawiciel Słowian z
plemienia Wielkopolan. Majowie rozmawiali głównie o dotykających
ich problemach, o gospodarce wodnej, o elektryczności, a także o
polityce ochrony swoich wiosek przed nasilającą się ekspansją
wielkich kapitalistycznych korporacji. Rząd Gwatemali bynajmniej nie
pomaga rdzennym mieszkańcom, przeciwnie, nęka ich podnoszeniem cen
prądu, zabiera ziemie i sprzedaje obcokrajowcom, „koryguje”
naturalne koryta rzek, pozbawiając wiele wiosek dostępu do wody.
Dyskusje trwały od samego rana do
późnego wieczora. Majowie patrzyli na mnie ze zdziwieniem, inni z
wrogością, większość wykazywała absolutną obojętność, ale
udało mi się zakolegować z kilkoma Szamanami. W rezultacie
zostałem zaproszony na poranną Ceremonię Słońca. Nie pozwolono
mi filmować, ale ku zgodzie ogółu mogłem uczestniczyć w
Ceremonii. Niezwykłe było to doświadczenie.
Zebraliśmy się o piątej nad ranem w
ogrodzie lokalnego muzeum. Majowie rozpalili ognisko i zaczęli grać
na swych instrumentach, śpiewać i tańczyć. Ceremonię prowadził
Don Juan - Ojciec Chrzestny całej Starszyzny Majów w Gwatemali.
Niektórzy z Szamanów byli bardzo potężni, jak na przykład ta
starsza kobieta, co świdrowała mnie wzrokiem na wylot. Czułem
wibrujące Energie dookoła, Harmonię Dusz modlących się we
wspólnej sprawie. Przywoływane dusze przodków przybywały, nie
sposób było ich nie czuć. Jeden przybrał postać ptaka, który
rozmawiał przez chwilę z prowadzącym Ceremonie Don Juanem.
Doprawdy niezwykła wymiana nieznanych mi zdań. Potem zaczęło się
wielkie Oczyszczanie co poniektórych osób. Juan używał kadzidła,
świętych roślin i potężnych zaklęć swojego języka „Mam”.
Szamana pasikonika również specjalnie oczyszczono. Następnie
osobną celebracją trzy osoby podniesiono wyżej w ich specyficznej
hierarchii. Potem Juan wygłosił piękną i mądrą przemowę,
której nigdy nie zapomnę. Zakończył ją słowami „Buenos Dias!”
i całe Zgromadzenie zaczęło się witać, przytulać i życzyć
sobie dobrego dnia. W tym momencie zaznałem wiele serdecznych
uścisków i ciepłych słów.
W drodze z muzeum do gimnazjum
dogoniłem Szamana Juana, który maszerował spiesznym krokiem.
- Szanowny Don Juanie, ja jestem tutaj
nie z przypadku – zacząłem – jestem Posłańcem. Tworzę film o
Czasie i jako, że weszliśmy właśnie jako Ludzkość w Nową Erę,
przybyłem na ziemie Majów, by dowiedzieć się czegoś więcej na
ten temat.
- Tak, tak – nie bardzo chciał
rozmawiać ze mną, gdyż już wiedział, o co chcę Go poprosić.
- Uważam, że Majowie, dzięki swym
mądrym przodkom, dzięki swoim kalendarzom, dzięki podtrzymywaniu
swej unikalnej kultury mają potężną wiedzę na temat Ery
Wodnika. Dlatego chciałbym prosić Ciebie o wywiad do mojego filmu,
o krótką rozmowę dotyczącą Czasu i Kalendarza Majów...
- Może, może, nie wiem, zobaczymy,
jak czas pozwoli – wymigiwał się Szaman i dalej pędził przed
siebie.
- Pochodzę z dalekiego kraju, co
nie znaczy, że ludzie tam żyjący nie czują zachodzących we
Wszechświecie zmian. Ludzie czują, że coś się dzieje, ale nie
wiedzą co. Każdy słyszał o Majach i ich Kalendarzu, ale nikt nie
wie dokładnie o co chodzi. Jak liczą Czas Majowie?
Juan dalej dreptał pospiesznie i nie
wykazywał zainteresowania. "Jak nie teraz to nigdy” -
pomyślałem. Złapałem Juana za ramię i zatrzymałem.
- Proszę spojrzeć mi w oczy –
powiedziałem poważnie – Za tymi oczami kryją się tysiące
innych oczu, które przyjdą obejrzeć mój film. Te tysiące oczu
mają mnóstwo pytań, a w moim kraju prawie nikt nie mówi o Majach
i Nowej Erze. Nikt mi nie płaci za przybycie tutaj, nie robię tego
dla pieniędzy, tylko dla wzrostu świadomości ludzi, dla szerszego
poznania praw działających Wszechświatem! Proszę, spójrz mi w
oczy, za którymi skrywają się tysiące innych par oczu i proszę
tym wszystkim spojrzeniom powiedzieć „nie”!
Wtedy Juan przewiercił mnie wzrokiem,
westchnął i wyraził zgodę na wywiad.
- Dobrze, opowiem Ci wiele rzeczy –
tak się wyraził.
I tak też się stało.
Kilka dni później wracałem z tego
niesamowitego wywiadu, który przeprowadziłem z Don Juanem w innej
wiosce, o trzy godziny drogi od San Pedro. Wracałem rzecz jasna
autostopem i kiedy przejeżdżaliśmy przez centrum jakiegoś
miasteczka, wśród wielu kolorowych sklepów, ubrań, owoców,
warzyw i ludzi w tradycyjnych strojach, ujrzałem coś nad wymiar
kolorowego. Była to moja koleżanka! Pierwszy raz spotkałem Ją pół
roku wcześniej w lesie, niedaleko Palenque, pierwszy raz z Nią
porozmawiałem 4 miesiące później, spotkawszy ją po raz drugi w
innym mieście, a teraz natknąłem się na Nią w jednej z tysiąca
gwatemalskich wiosek! To już padliśmy sobie w ramiona!
Kittsy zaprowadziła mnie do miejsca, w
którym tymczasowo mieszkała. Z drugiej strony Jeziora ma jednej
górze stał samotnie Dom Fernanda. Piszę „samotnie”, gdyż nie
było w pobliżu żadnych sąsiadów, aczkolwiek...
...Dom Fernanda bynajmniej samotnością nie grzeszył. Dookoła rozciągał się las tropikalny z milionem stworzeń na każdym metrze kwadratowym, a i często owe stworzenia zaglądały w odwiedziny tej przepięknej chaty.
Domem opiekowali się ludzie Rainbow. W
tym celu Dom Fernanda został wybudowany, a raczej dalej się buduje.
By dać schronienie i służyć ludziom Rainbow. by pozwolić
„odlecieć” w inne wymiary przy sprzyjającym energiom
imponujących wulkanów.
Tak też razem z Issakiem
przeprowadziliśmy się do Domu Fernanda, który był tańszy niż
najtańszy pokój w całej Gwatemali, gdyż nie kosztował nic.
Międzynarodowa ekipa wibrujących serc tworzyła naprawdę świetną
atmosferę. Zazwyczaj miejsce to działa na zasadzie wolontariatu,
ale że właściciel przebywał od miesięcy w Hondurasie,
międzynarodowa ekipa tylko się relaksowała. Oczywiście zakaz
spożywania alkoholu, narkotyków i mięsa to norma w takich
miejscach i bardzo się to pasikonikowi podoba.
W pobliskim miasteczku zwanym San
Marcos napotkałem lokalnego Polaka. Był nim około
sześćdziesięcioletni Michał, mój imiennik, zwany przez siebie i
miejscowych Świętym Mikołajem. Człowiek Historia, rodowity Ślązak
z komicznym akcentem i tysiącem przygód. Od dwóch lat
zamieszkujący dżunglę nieopodal Jeziora. Postać dosłownie na
film, i chętnie bym nakręcił z nim materiał, gdyby mnie tylko nie
uprzedziła parka Polaków pół roku wcześniej, która już nagrała
dokument o Świętym Mikołaju w San Marcos. Jak tylko dokopię się
do tego filmu, będę promował.
Po dłuższym czasie przebywania wśród
Majańskich plemion, dotarło w końcu do mnie to, czego nie chciałem
widzieć od początku. Majowie nie lubią obcych, białych twarzy.
Nie lubią kamer i obiektywów. Ich życie i kultura jest bardzo
hermetyczna, bardzo trudno jest się zaprzyjaźnić z kimkolwiek.
Niektórzy z nich uśmiechają się szczerze, ale większość jednak
otwarcie pokazuje, że nie jesteś tu mile widziany... Przyjazna i
anielska atmosfera okolicy Jeziora zaczęła się zmieniać...
Tymczasem Kittsy wzięła udział w
moim projekcie i nakręciliśmy razem jedną z najlepszych scen
całego filmu, która jednak jest niespodzianką, dlatego nie będę
tego na razie promował:) Zdradzę tylko, że w scenie wzięło
udział 8 osób, z czego czterech miejscowych, kosztowała masę
pieniędzy, które wyłożył nieprzypadkowo spotkany nasz przyjaciel
Irańczyk. Dzięki Kittsy! Dzięki Seper! Dzięki Issak! I dzięki
cała reszta!
Kiedy Kittsy ruszyła w dalszą podróż...
Energia tego miejsca była po prostu wstrząsająca!
Już nie wiadomo było co silniej
działało: rozświetlająca ciemności ogromna Pełnia Księżyca...
… zapach Kittsy, Jej Magii i kadzideł
pozostawionych w pokoju czy...
… wibrująca Energia Wulkanów...
w każdym razie było dobrze...:)
Aż do momentu kiedy obudziła mnie
wcześnie nad ranem wielka łapa chwytająca torbę z moim sprzętem.
Nim na dobre otworzyłem oczy i zorientowałem się, co się dzieje,
złodzieje byli już ukryci w lesie... Tak, pobiegłem za nimi,
szukałem zbrodniarzy, ale oni lepiej znali miejscowe tereny. Zresztą
mogli być groźni, a ja byłem sam. Wróciłem do Domu i położyłem
się spać jeszcze na godzinkę. Cała reszta rodziny Rainbow jeszcze
spała. Kiedy się obudzili, okazało się, że nie tylko moja kamera
zniknęła...
Ostatnie zdjęcie pasikonika ze swoją
kamerą...
Energie się odwróciły. Od tego
poranka wszystko zaczęło iść źle. Jezioro pokazało drugie
oblicze swej twarzy. Przez następne dwa tygodnie dzień w dzień
chodziłem i szukałem swej zguby. Kontaktowałem się z lokalnymi
gangami, handlarzami narkotyków, mafiosami i szefami mafiosów.
Odwiedzałem te wszystkie ciemne piwnice i paskudne meliny,
targowałem się z bandytami i alfonsami, rozwieszałem wszędzie
informacje. Na daremno... Cały mój sprzęt, warty 1500 euro
przepadł. Kamera, obiektywy, karty, baterie, ładowarki, rejestrator
dźwięku i przede wszystkim skórzana torba, którą ofiarował mi
mój ojciec, a którą sam używał w latach sześćdziesiątych,
kiedy był fotografem. To była dla mnie szczególna torba... Na
szczęście wszystkie nagrania zapisane na twardym dysku zostały ze
mną, tak też samego filmu mi nie ukradziono!
Nowe zdjęcia pasikonika bez użycia kamery.
Sytuacje jakich doświadczyłem w
trakcie dwóch tygodni poszukiwań kamery po gwatemalskich melinach
są bardzo silne i mocne, będzie można o nich przeczytać w mojej
książce, która już jest, choć fizycznie jej jeszcze zupełnie
nie ma (pewnie, jak sam autor, dociera na stopa, więc nie wiadomo
kiedy się pokaże).
Łącznie upłynął miesiąc w
Gwatemali, wróciłem do San Cristobal. Co ciekawe moim kompanem w
drodze powrotnej został tym razem nie Szwed, a Finlandczyk, znajomy
z Domu Fernanda.
Wróciłem do Meksyku bez swego sprzętu, ale za to
z wywiadem jednego z głównych przedstawicieli Majów z całej
Gwatemali oraz z mistycznym nagraniem tej cudownej kobiety imieniem
Kittsy. Do ukończenia filmu zostało jedynie dokręcenie kilku
ważnych scen oraz cała gamma tłumaczeń, edycji i postprodukcji. Kto wie, ile miesięcy to zajmie...
Od trzech miesięcy jestem więc bez
rąk. Nie jest łatwo, ale się nie poddaję. Raz zdarzyło mi się
zapłakać, ale generalnie dalej się cieszę, no bo co się będę
martwić czymś, czego już nie ma? Choć kosztowała mnie wiele
pracy, to tylko kamera i trzeba pamiętać, że wszystkie przedmioty,
jakie „posiadamy” w życiu, są tylko pożyczone. Rodzimy się
nadzy i umieramy nie zabierając ze sobą niczego. Tylko
Doświadczenie.
A jak Pasikonik ukończy swój film bez kamery?
(Będzie kombinować:)
Zdjęcia: Misha i Issak